Piątek, 21 Listopada 2014

Szukaj:

W Internecie          Na Stronie

Czy są przedmioty, które przynoszą „pecha”?

Autor: FN     Źródło: www.echodnia.eu     Dodany: Thursday, 29 April 2010 08:38

Czy przedmioty mogą przynosić pecha? W naszej kulturze takie stwierdzenie może się spotkać jedynie z radosnym śmiechem. Toż to zabobon, ciemnogród i zacofanie! Przedmiot przynosi pecha? Z przedmiotem jest związane jakieś fatum? Bez żartów!

Ale już w takiej Afryce czy Ameryce Południowej takie pytanie nie wzbudzi żadnego zdziwienia. Tam bowiem w kulturach plemiennych Indian czy plemion afrykańskich od wieków wszyscy wiedzą, że w przedmiocie można zatrzymać energię, która będzie wpływała na otoczenie. Czy przedmiot może doprowadzić do śmierci jego właściciela? Oczywiście, to jest możliwe. W Kolumbii kartele narkotykowe prowadziły ze sobą wojny także za pomocą czarów. Znane są przypadki, kiedy boss kartelu zatrzymywał samochód na światłach, a nagle cały stawał w płomieniach. Było wtedy jasne, że oto konkurencja użyła mocy i umiejętności jednego z szamanów.

Pierwszy raz poruszamy ten temat na naszych łamach, bo jest ku temu okazja. Ukazał się bowiem bardzo ciekawy tekst na stronach echodnia.eu

Dotyczy on niezwykłego samochodu, z którym wiązało się przerażające fatum. Oto przedruk tego tekstu:

 

 

 

 

Ciężarowy liaz, który zabija? To historia z dreszczykiem...

Kupili go w Słomczynie koło Grójca, jeździli po całej Polsce. W końcu sprzedali komuś pod Kozienicami...

Nie wierzymy w tę historię, ale może ona mieć cechy prawdopodobieństwa, a po drugie - według autorów, losy tego auta są związane z naszym regioniem.

Wszak słynna jest opowieść o czerwonym aucie, w którym w Sarajewie zastrzelono arcyksięcia Ferdynanda, co stało się potem powodem wybuchu I wojny światowej. Jego poprzedni właściciele ginęli w sposób tragiczny, a pod kołami automobilu znalazło się kilka osób. Równie znana jest legenda o sportowym wozie Jamesa Deana, który ponoć przynosił pecha kolejnym nabywcom. Czy teraz do tego grona dołączyła czeska ciężarówka liaz? Przeczytajcie ten reportaż.

Potrzebna była ciężarówka. Niekoniecznie nowa, niekoniecznie markowa, byle mocna i godna zaufania. Pani Krzysztofa spod Sandomierza wraz z mężem pojechała do Słomczyna pod Warszawą na giełdę.

Przed laty była to największa w kraju i najbardziej znana giełda. Tu najłatwiej było dostać to, czego się chciało. W oko wpadł im liaz - wóz w sam raz dla ich potrzeb, bo sandomierska huta szkła potrzebowała transportu i najchętniej prywatnego.

Biało-niebieska maska pojazdu budziła zaufanie, pod maską silnik zupełnie sprawny, rocznik dawał nadzieję, że auto pojeździ jeszcze dobrych parę lat, cena rozsądna. To i kupili. A potem zaczęło się pasmo wypadków, karamboli, stłuczek i dramatów.

Test na rynku

- Pierwszą rzeczą, jaką zrobił mój mąż, to test na małym rynku w Klimontowie - wspomina Krzysztofa. - Jechał powoli, wóz musiał być po remoncie, bo niemożliwe, żeby sprzedawali zupełnie niesprawne auto.

Nikt nie wie, co się wtedy stało. Liaz nie chciał się zatrzymać. Po prostu nie chciał! Szczęściem, ulicą przechodził znajomy męża. Zorientował się, co się dzieje, albo też mąż krzyknął do niego.

Ten wskoczył za kabinę pojazdu i podniósł ją. Bo liaz ma podnoszoną kabinę. Coś tam zaczął z tyłu grzebać i udało u się zatrzymać tę piekielną machinę. Ale zanim liaz się zatrzymał, zdążył przełamać płot i wjechał w przydrożne podwórko. Niewiele brakowało, żeby wjechał w budynek piekarni.

Diabła trzeba poświęcić

Zdaniem Krzysztofy, był to pierwszy, niewinny jeszcze sygnał, że ich liaz nie jest tylko martwą maszyną. Na dobre zaczęło się, gdy wozili szkło z sandomierskiej huty.

Wtedy najczęściej za kierownicą siadał pan Bronek. Może i czuł, że z wozem nie wszystko jest w porządku. Za to jego teściowa była pewna, że nie jest. Przyszła do firmy i powiedziała, że jeśli Bronek ma "tym” jeździć, to trzeba "to” poświęcić.

Po tygodniu od pokropku za kierownicę siadł Waldek. Miał do zrobienia kawał drogi, bo z Sandomierza na Dolny Śląsk. I mnóstwo towaru na pace, bo cały wóz i jeszcze pełną przyczepę szkła.

- Na trasie wprost pod koła wyskoczył mu rowerzysta - wspomina pani Krzysztofa. - Niby przypadek...

Waldek jechał główną drogą, zgodnie z przepisami. Tamten mężczyzna wyjechał z drogi podporządkowanej. Wpadł między wóz a przyczepę. Zginął tak szybko, że pewnie nawet nie wiedział, że zginął.

Dopiero później okazało się, że był pijany.

To nie koniec śmierci.

Po kilku tygodniach liaz zabił znowu. Tym razem Waldek jechał niezbyt daleko, bo tylko za Kielce. Tu również wszystko stało się niby przez przypadek. W Skorzeszycach. Mężczyzna jechał busem wraz z córką. Wieźli dywany. Na zupełnie prościutkiej drodze bus nagle skręcił i pędził wprost na liaza. Waldek zdążył szarpnąć kierownicą i w ostatniej chwili uniknął czołowego zderzenia. Ale po drodze złamał ogrodzenie i wjechał na podwórko przydrożnego gospodarstwa. Na szczęście nie było tam nikogo. Kierowca i pasażerka busa mieli mniej szczęścia. Ich wóz uderzył w tył przyczepy uciekającego liaza. O życie dziewczyny lekarze walczyli przez całe tygodnie. Cudem uniknęła śmierci.

Jej ojciec nie przeżył. Zmarł na kilka sekund przed zderzeniem. Dostał zawału. Już martwy pędził wprost na liaza. Przypadek? Jeszcze jeden?

W kilka tygodni później w Nowej Dębie liaz potrącił dziecko na przejściu dla pieszych. Wprawdzie nic się nikomu nie stało, ale...

Do góry kołami nad przepaścią

- Minęło niewiele czasu, a doszło do kolejnej kraksy - opowiada pani Krzysztofa. - O pierwszej w nocy zadzwonił telefon. Dzwonił Waldek i zanim podniosłam słuchawkę, już wiedziałam, że stało się coś złego.

"Miałem wypadek, ale nic mi nie jest” - powiedział. Okazało się, że omal nie zwalił się w przepaść.

Jechał ze szkłem na Dolny Śląsk. W okolicach Myszkowa w mroku nocy pomylił trasę, wjechał w drogę prowadzącą stromo pod górę. To była mroźna marcowa noc. Po deszczu nawierzchnia szosy była jak tafla lodowiska. Krzysztofa wsiadła w samochód i pojechała pod Myszków.

To, co zobaczyła na miejscu, przyprawiało o dreszcze. Liaz wisiał nad przepaścią do góry kołami, wsparty na drzewach. Przyczepa zwaliła się z kilkumetrowej skarpy. Wszędzie pełno drogiego, przyciemnianego szkła z sandomierskiej huty.

Trzeba pozbyć się zła

O innych "drobiazgach”, które wydarzyły się za przyczyną liaza, nie warto wspominać. O odpadających bez powodu kołach, gdy samochód był w pędzie, o tym, że w hucie akurat przy ładowaniu liaza pękła taśma opasująca partie szkła i towar rozsypał się w drobiazgi.

Takich "przypadków” było dużo, ale pamięta się tylko wydarzenia najbardziej dramatyczne.

Wspólnie z mężem doszli do wniosku, że trzeba pozbyć się wozu, nad którym ciąży jakieś fatum. Pozbyć się, zanim stanie się prawdziwe nieszczęście. Zanim zabije któregoś z nich. Dali ogłoszenie do prasy.

Liaz "zauroczył” kolejnego klienta

I to była chyba pierwsza radosna niespodzianka ze strony pechowego wozu - na ogłoszenie niemal natychmiast odpowiedział klient z Kozienic.

Liaz "ściągnął” dobrego klienta, bo ten nie targował się, nie oglądał specjalnie pojazdu, zapłacił proponowaną cenę i zabrał wóz. Tak jakby ten go zauroczył. Pani Krzysia i jej mąż odetchnęli z ulgą, bo ze strony liaza nic złego ich już nie czeka i pewnie nigdy o nim nie usłyszą. Mylili się.

- Po kilku tygodniach zadzwonił do mnie policjant z Klimontowa - wspomina pani Krzysztofa. - Chodziło o liaza. Podobno był jakiś wypadek, wóz nie przerejestrowany, więc pytali mnie, czy wciąż należy do nas. Na szczęście już nie należał.Z trójki pasażerów malucha nie przeżył nikt. Liaz wyszedł bez szwanku. Być może wciąż jeździ po drogach kraju i sieje śmierć. Jakby za kierownicą siedział diabeł.

To był potworny wypadek. W Kolonii Kębłów w okolicach Świdnika Lubelskiego liaz zabił trzy osoby. Na prostej drodze maluch uderzył w tył przyczepy ciężarówki, zjechał na przeciwległy pas wprost pod nadjeżdżające Iveco.

 

Tyle ten tekst. Czekamy na opinię internautów, czy wierzą, że są przedmioty przynoszące „pecha”. Ostatnio ten wątek pojawił się przy okazji analizy katastrofy pod Katyniem. Wiele osób zaczęło zastanawiać się, czy przypadkiem wraz z tym miejscem nie jest połączone jakieś fatum dla Polski.

Na chwilę jeszcze wracamy do sprawy niezwykłej dziury w Niedźwiedziej Górze, o której pisaliśmy na naszych stronach. Dotarła do nas informacja, że jeden z naszych czytelników obserwował przelot obiektu, który jego zdaniem miał coś wspólnego z owym niezwykłym otworem w ziemi. Zaintrygowała go zbieżność dat. Przelot obiektu obserwował bowiem w nocy z 21 na 22 kwietnia. Jego wymiary też były podobne do tych, które musiał mieć obiekt, który być może stworzył tę dziurę.

Nagraliśmy z nim krótką rozmowę.

 

 

Średnia Ocena:

Moja ocena:

Przeczytany 22592 razy    |    Wszystkich komentarzy: 36    |    Ilość ocen:2

Czekamy na Wasze historie, zdjęcia i inne relacje dotyczące tego artykułu - prosimy je wysłać na adres mailowy: nautilus@nautilus.org.pl

Dodaj to:
Google Wykop Gwar

Komentarze użytkownikow

Skomentuj Artykuł

Wejście na pokład

Przypomnij Hasło

Artykułem interesują się

Dziennik Pokladowy

Wszystkie wpisy

Bardzo mnie śmieszą pytania o to, dlaczego jeśli ONI istnieją, to się nie kontaktują. Bo przecież powinni wylądować i zaraz podpisywać listy, porozumienia i pakty. Najlepiej z każdym państwem z osobna. Ludzie naprawdę niczego nie rozumieją...

Czytaj dalej >

Polecam ten artykuł

Wpisz poniżej e-mail osoby, której chcesz polecić artykuł.