Dziś jest:
Niedziela, 6 grudnia 2020

Nie siła wiatru, lecz umysłu uczyniła go tym, czym dziś jest.  
Georg Christoph Lichtenberg


#3 maja 2020 KILKA PORAD DLA TYCH, KTÓRZY NIE CHCĄ 'ODPAŚĆ OD ŚCIANY'.

 Miałem zabawne spotkanie z moim wiernym słuchaczem sprzed lat. Wtedy młodym chłopakiem, a dziś poważnym panem z rodziną, dziećmi i siwiejącymi skroniami. Dopiero patrząc na niego zobaczyłem dyskretny urok upływu czasu, który dotyczy przecież każdego z nas. Zadał mi ciekawe pytanie... Panie Robercie, jak można utrzymać pasję przez tyle lat? Przecież reszta pasjonatów panu podobnych dawno odpadła od ściany!




Faktycznie jest to dla wielu osób zagadka. ;) Zajmuję się badaniem zjawisk niewyjaśnionych (w tym słynnym UFO) już kilkadziesiąt lat. Pierwsze wycinki z gazet o pojawieniu nad Polską Niezidentyfikowanych Obiektów Latających robiłem jeszcze w latach 70-tych, kiedy większość obecnych czytelników serwisu FN (a raczej serwisów, bo przecież są jeszcze emilcin.com i messing.org.pl) nie było nawet na świecie. Mój słuchacz powiedział coś takiego:
- Wie pan panie Robercie, wszyscy kiedyś czytali Danikena, wszyscy interesowali się UFO, ale potem im to jakoś przechodzi, rzucają to w kąt niczym piłkę do nogi, w którą już grać nie wypada, a i nie ma z kim... Zajmują się zwykłymi, banalnymi sprawami, które wypełniają w całości ich w sumie banalne życie. Potem w określonym wieku chorują, potem w określonym wieku umierają i nic z tego wszystkiego nie zostaje, tylko jakiś szary pył, który też znika. A pan tyle lat to ciągnie i mam wrażenie, że z roku na rok z większą pasją i zaangażowaniem... gdzie jest tajemnica? Skąd ma pan tyle energii, żeby prowadzić FN na taką skalę tyle lat? Jakie ma pan rady dla tych, którzy chcą coś prowadzić dłużej niż 2-3 lata?

Rozbawiły mnie te słowa, ale jednocześnie skłoniły do zadumy. Faktycznie ma rację, bo jak sięgnę pamięcią do - na przykład - lat 90-tych, to wszyscy ludzie zajmujący się wtedy tą tematyką co ja dzisiaj dawno rzucili to w diabły, choć w tamtych latach wszem i wobec zapewniali czasami w wyjątkowo bezczelny sposób, że to „oni są prawdziwymi badaczami”, a nie ten dziennikarz z Warszawy... Dziwiłem się trochę, bo ci panowie naprawdę niczego nie badali poza moją osobą, ale z rozbawieniem postanowiłem zaczekać, co będzie z upływem lat. No i zgodnie z moimi podejrzewaniami cały legion „prawdziwych badaczy” nagle dał wielkiego nura w nicość, szarą magmę rozmycia się w wannie wypełnionej zapomnieniem,  z upływem lat wręcz na wyścigi porzucali swoją rzekomą wielką pasję „poszukiwania nieznanego” zajmując się przede wszystkim zarabianiem pieniędzy. Kiedyś spotkałem takiego „prawdziwego badacza” na imprezie, którą prowadziłem za naprawdę solidne pieniądze (czasami mi się to zdarza). Wśród gości zauważyłem tego „prawdziwego badacza”, który tak bardzo kiedyś gardłował o tym, jak to on i jego kilku kolegów naprawdę zajmują się UFO, a nie tak jak niektórzy (oczywiście mieli na myśli moją osobę) dla „pieniędzy i sławy”. Piszę to w cudzysłowie, bo jest to jedno z najbardziej nikczemnych kłamstw, bo pieniądze zarabiam gdzie indziej, a moje nazwisko zawsze starannie ukrywam, więc... ale powróćmy do mojego spotkania z „prawdziwym badaczem”.. Byliśmy na ty, ale zauważyłem z rozbawieniem, że ja mu mówiłem na ty, a on do mnie per „panie Robercie”. Ale nie protestowałem. Tak wyglądała nasza krótka rozmowa.

- Witaj! Miło cię widzieć... nadal zajmujesz się UFO?
- UFO? Nie panie Robercie... to już dawno nie, bo... tego.... czasu nie mam i w ogóle.
- Jak to nie masz czasu? Na taką historię? Mialem wrażenie, że jak prowadziliście ten portal, to jest to poważna sprawa, a ty mi mówisz takie rzeczy... I nawet nie śledzisz tego, co się dzieje w tej sprawie?
- No ja... tego... wiem, że pan prowadzi ten serwis... ale ja to teraz muszę wie pan, mam własną działalność, kłopoty z pieniędzmi... wie pan, jak to jest. A koledzy też mnie do wiatru wystawili, bo przestali pisać do serwisu i wszystko zdechło. Tak że od ponad 20 lat to ja już się tym nie zajmuję i nawet nie wiem, co się dzieje, bo nie śledzę... Mam tyle pracy, że nawet telewizji nie włączam... wie pan, jak to jest....

Oczywiście że wiem, jak to jest. Tyle tylko, że jak pamiętam wypowiedzi tego byłego już „prawdziwego badacza” i jego przezabawnych kolegów, to wydawało się, że moje audycje i potem fundacja to „śmiech na sali” wobec tego, co oni zrobią, bo ja nieprawdziwy, a oni prawdziwi, więc dopiero pokażą, dopiero zakasują tego całego Nautilusa. ;) Lata minęły, ich już dawno nie ma, a okręt Nautilus ma się nie tylko znakomicie, ale nawet według mojej własnej i może z przyczyn oczywistych subiektywnej oceny, ale moja pasja z każdym rokiem wzrasta, a także radość z zajmowania się ostatnią, największą tajemnicą świata, czyli np. faktem odwiedzania Ziemi przez obce cywilizacje. Nie wyobrażam sobie, jak można swoje życie wypełnić szarym wapnem banalnych spraw wobec tej wielkiej tajemnicy, jaką jest ludzkie życie, istnienie Boga, duszy, obcych i tak dalej.

Mój czytelnik z dawnych lat zadał mi pytanie, gdzie tkwi tajemnica tego, że na przykład serwisy o zjawiskach niewyjaśnionych prowadzę od prawie 30 lat, skoro cała reszta tych pożal się Boże pasjonatów od siedmiu boleści po kilku latach miała dość swojej „wielkiej pasji”  i szybko wszyscy poznikali w niebycie lub co najwyżej pozamieniali swoją aktywność się w blogi, co - umówmy się - nie jest tym samym, co prowadzenie serwisu z prawdziwego zdarzenia.

Po tej rozmowie długo nad tym myślałem i w tym odcinku „Dziennika Pokładowego” dam kilka bardzo osobistych rad. Po pierwsze musi to być prawdziwe w 100 procentach. Moja pasja i chęć poznania prawdy jest najwyższej próby niczym sztabka złota w kopalni złota w RPA, która zawiera najwięcej szlachetnego kruszcu. ;) To nie jest „chwilowy kaprysik”, to nie jest kolejny „pomysł na zabicie nudy”, ale rzeczywista radość z tego, że zajmuję się najciekawszą historią na świecie i dzięki temu - wybaczcie, ale tak uważam - mam jedno z najciekawszych, najbardziej cudownych żyć na tej planecie. Każdego dnia dziękuję Bogu za to życie i za to, że tam mnie hojnie obdarował dając przeróżne, czasami rzadko spotykane talenty, dzięki czemu mogą prowadzić swoją przygodę, a jednocześnie mam za co kupić bułkę i masło, żeby żyć.

Po drugie takie działanie musi sprawiać radość i nie można tego robić dla pieniędzy. Aby była jasność - ja nie mam nic przeciwko zarabianiu pieniędzy (tym bardziej bardzo przyzwoitych), ale tęgo typu motywacja jest na krótką metę, bo o wiele większe pieniądze można zarobić gdzie indziej, a do badania zjawisk niewyjaśnionych można tylko dopłacać.

Po trzecie przy prowadzeniu serwisu trzeba porzucić mrzonki o tym, że w ten sposób się zmieni świat i trzeba się ścigać w zmienianiu świata z innymi. Kiedy osiąga się moment, kiedy w ma się w nosie liczbę odsłon, jakiś użytkowników czy kliknięć wtedy opanowuje człowieka cudowna błogość. Robię to tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność, robię to dla siebie... To nie jest egoizm, a przynajmniej nie tylko. To konieczność, aby tego typu przygoda trwała dłużej niż te wszystkie gówniarskie zabawy w „prawdziwych badaczy” podszyte zawiścią, kompleksami i wszystkim tym, co w człowieku małe. Bo to zdechnie błyskawicznie, co zresztą pokazuje dobitnie rzeczywistość.

Po czwarte do wszystkich chcących prowadzić podobną działalność radzę bardzo ostrożnie zakładać, że spotkacie innych, którzy są do was podobni i będą gotowi niczym prawdziwa załoga okrętu Nautilus z powieści Juliusza Verne’a prowadzić okręt razem z wami z takim samym zapałem i energią, jak wy sami... Szybko spotkacie się z dwoma postawami, które są tak nieuchronne jak to, że po dniu następuje noc. Postawy te nazwałem „się znudzi” i „się obrazi”, z tym że może każde z tych zjawisk występować oddzielnie, ale także może być ich kombinacja. Znudzenie się powoduje także inne zjawisko, czyli człowiek zaczyna szukać jakiś wyższych usprawiedliwień dla siebie, że to nie tylko własne lenistwo, ale za tym stoi coś więcej, na przykład „przejrzenie na oczy”, co natychmiast objawia się postawą „się obrazi”. Piszę o tym prostym mechanizmie psychologicznym, ale o tę sprawę rozbiły się dziesiątki serwisów tematycznych, które znikały w tempie zanikających kółek na wodzie po wrzuceniu do wody kamyczka... Stąd moja rada - zawsze liczcie tylko na siebie i ustawiajcie całą maszynerię tak, aby całość nie zależała od tego czy tamtego, po jego nonszalanckie i czasami bez słowa wyjaśnienia „rzucenie całej pasji w kąt” nie wpłynęło w najmniejszy sposób na to, jak funkcjonuje całość. Czy jest to trudne? Bardzo. Czy możliwe? 30 lat mojego życia i tego, jak dziś wygląda i funkcjonuje FN jest tego najlepszym dowodem, że jak najbardziej.

/poniżej moje zdjęcie z dawnych lat, kiedy to... nosiłem brodę, kiedy to jeszcze nie było modne!/




Na koniec jeszcze jedna uwaga, a w sumie także bardzo osobista rada oparta o wieloletnie doświadczenie pracy z ludźmi. Jeśli coś ma trwać dłużej niż szczeniackie kilka lat, to oprócz najczystszej prawdy w całej przygodzie musi być tam właśnie ogromną radość dla osoby, która to robi. Jeśli tego nie będzie, to zdechnie to błyskawicznie. Dlatego radzę wszystkim przymierzający się do prowadzenia gazet/serwisów/blogów/biuletynów i czego tam sobie tylko życzycie, aby albo w ogóle nie umożliwiać komentowania tego co robicie, albo prowadzić bardzo zdecydowaną selekcję. W ogóle nie przejmujcie się fałszywym zawodzeniem, jaka to „cenzura” bo ich opluskwiających każdy wasz tekst komentarzy nie zamieszczacie, a wszyscy inni rzekomo to robią, co jest o tyle wyrafinowaną bzdurą, że "ci wszyscy inni" to jakieś zapomniane forum czy martwy od lat serwis... Nie dajcie się wciągnąć w takie zakłamane kocopały - pisze to człowiek, który od 30 lat prowadzi okręt Nautilus, więc musi znać wiele tajemnic, których nie znali ci, których inicjatywy w sieci przestały szybko istnieć! ;)


To ma sprawiać radość przede wszystkim wam i jeśli sprawicie w ten czy inny sposób, że będziecie własny serwis otwierać z obrzydzeniem, bo ten czy inny coś tam znowu napisał, po lekturze czego zaczyna was mdlić, to... wasza przygoda w prowadzenie serwisu szybko się zakończy. Trochę się rozpisałem, ale nie ukrywam, że właśnie przy okazji tego wpisu w Dzienniku Pokładowym testuję nowy sposób pisania tekstów w nowym „technologicznym wynalazku ludzkości”, co sprawia mi ogromną radość. Efekt? Mogę pisać i pisać wręcz w nieskończoność. I tak to dokładnie działa - radość z czynienia jakiejkolwiek czynności jest wręcz rakietowym paliwem dla każdego projektu.

/poniżej witryna okrętu Nautilus z połowy lat 90-tych... takie były początki przygody w sieci!/


 

...i pamiętna ramówka Radia Zet z okrętem flagowym o godzinie 11.10 ;)





Mialem pisać o koronawirusie, ale to spotkanie z moim słuchaczem z dawnych lat nastroiło mnie tak bardzo nostalgicznie, że wyszło trochę inaczej. Obiecuję, że następny wpis w Dzienniku Pokładowym będzie już o tym, co się teraz dzieje na świecie. Już wcześniej delikatnie sygnalizowałem, że jestem obecną sytuacją coraz bardziej zachwycony. Nie mam cienia wątpliwości, że nawet za 100 tysięcy lat w podręcznikach szkolnych będzie odnotowana „pandemia koronawirusa z 2020” jako znaczące wydarzenie, które wpłynęło na losy całej planety. Nie wiem, czy będzie tam wspomniana tzw. Druga Wojna Światowa, ale... koronawirus? O tym będzie na pewno. Rodzi się bowiem po raz pierwszy coś, co obce cywilizacje nazywają „świadomością planetarną”. Wczoraj byłem na krótkim spacerze. Widziałem ludzi nonszalancko łamiących reguły, które mają powstrzymać pandemię koronawirusa. Jakże inaczej wygląda to w Chinach, które sobie z tą zarazą wyraźnie poradziły, ale jednak podejście do przestrzegania zasad jest zupełnie inne niż w Polsce, gdzie „ma się to w nosie, skoro jest fajnie i Słońce świeci”. Jak to się wszystko potoczy dalej? Ależ jestem ciekaw... ;)

I już zupełnie na koniec. Fascynuje mnie pytanie, jak będzie wyglądał świat po tym, kiedy przyjdzie nam zapłacić rachunek za ostatnie tygodnie, czyli masowo zaczną padać firmy pozostawiając na lodzie bez środków do życia dosłownie tysiące, jeśli nie miliony ludzi. Oni na razie jeszcze nie są świadomi, że nowy świat już ich tak nie potrzebuje jak ten stary...




Co się z tymi ludźmi stanie? Gdzie znajdą zatrudnienie? Skąd wezmą pieniądze na opłatę rat kredytów, a także na życie po prostu? Cały czas uważam, że ta sprawa o wiele bardziej wywróci do góry nogami nasz świat niż sam przebieg pandemii koronawirusa.

Podczas moich studiów na Uniwersytecie Warszawskim miałem ogromną przyjemność uczestniczyć jako student w wykładach profesora Marcina Króla, filozofa i socjologa, którego diagnozy dotyczące przyszłości wielokrotnie naprawdę okazywały się niezwykle trafne. Jego przemyślenia o świecie zmienionym przez koronawirusa są zgodne z tym, co ja także myślę. Warto pamiętać, że te zmiany się nawet jeszcze nie zaczęły, że wszystko dopiero przed nami, ale na końcu mojego wpisu w Dzienniku Pokładowym zamieszczam fragment wywiadu z prof. Marcinem Królem „Koniec świata luksusu”.  Naprawdę czytając ten wywiad miałem wrażenie, że mój cudowny wykładowca dotknął istoty rzeczy tego, co się kryje obecnie za wielką zmianą świata.

Baza FN, 2 maja 2020

Prof. Król: Koniec świata luksusu. Za parę miesięcy nie będzie nas stać prawie na nic


/poniżej fragment rozmowy/

- Ze świata nadmiaru przejdziemy do świata niedoboru. Co będzie szokiem dla wielu ludzi. Nie będzie już się wchodziło do sklepu i kupowało szynki. Oczywiście była część ludzi ubogich, którzy nie mieli do tego dostępu. Ale to było jednak mniej więcej 5 proc. społeczeństwa. W tej chwili to będzie 50 proc. I te 50 proc. będzie kupowało salceson jako luksus. Zmieni się wszystko - mówi prof. Marcin Król.


Wiemy, że czekają nas kryzys i bardzo dotkliwe gospodarcze skutki tej pandemii, pan przewidywał, że w Polsce będzie galopująca inflacja i przynajmniej 30-procentowa recesja. Sądzi pan, że tarcze Morawieckiego, ta pierwsza, druga, trzecia i kolejne, nic nie pomogą?

- Ale skąd! Nikt nie wie, co nas czeka. Jeżeli ktoś się mądrzy i mówi, że wie, to mnie śmieszy. Natomiast jeżeli ktoś sądzi, że czeka nas nie najgorsze, tylko że będzie średnio źle, to nie - czeka nas horrendalna recesja. Amerykanie piszą o 20-proc. minimum, a prawdopodobnie 30-proc. Dlaczego w Polsce miałaby być, jak się mówi, 2-3-proc.? Czeka nas kompletne załamanie gospodarcze. Być może da się jakoś z niego wydobyć. Może po prostu gospodarka będzie na znacznie mniejszą skalę. W czasie minimum dwóch, trzech lat to jest pewnie wykonalne. Ale to będzie miało skutki społeczne w postaci bezrobocia, ale także konieczności zmiany podejścia ludzi do sfery konsumpcji. W tej chwili jest luksusowo. Jak ktoś chce kupić nowy sweter, to może kupić za 20 proc. ceny markowy i elegancki, bo się wyprzedają. Za cztery-pięć miesięcy nie będzie nas stać prawie na nic. To zmieni także naszą mentalność. Z jednej strony myśmy się strasznie rozpuścili. Wyjeżdżamy Bóg wie gdzie i już do przesady. Moja przyjaciółka jedzie obejrzeć zorzę polarną, kto inny jedzie na Seszele. Za przeproszeniem: po cholerę? Jak można pojechać do np. Sandomierza, który jest przepiękny. Ale nastąpi zmiana wszystkiego. Ze świata nadmiaru - liczby telefonów komórkowych, samochodów itp. - przejdziemy do świata niedoboru. Co będzie wstrząsającym szokiem dla bardzo wielu ludzi. Nie będzie już tak, że będzie się wchodziło do sklepu i kupowało szynkę. Oczywiście była część ludzi ubogich, którzy nie mieli do tego dostępu. Ale przy całej tragedii nędzy to było jednak mniej więcej 5 proc. społeczeństwa. W tej chwili to będzie 50 proc. I te 50 proc. będzie kupowało salceson jako luksus. Nie będzie można wyjechać, bo nie będzie za co. Zmieni się wszystko.

Mówił pan też o ludziach zbędnych, że nie można dopuścić, by się pojawili. Byliby niebezpieczni dla społeczeństw?

- Tak. To oczywiście łączy się z gospodarką, ale to nie jest wyłącznie sfera ekonomiczna. To jest kwestia części ludzi, którzy z racji materialnych lub społecznych nie mają poczucia bycia włączonym w życie publiczne. Oni stoją poza życiem publicznym, bo nie są dla nikogo interesujący ze społecznego i politycznego punktu widzenia. To może być bardzo duża grupa. Warto, żeby ktoś dzisiaj przedrukował książkę napisaną przez Stefana Czarnowskiego w 1936 r. pt. "Ludzie zbędni w służbie przemocy", chodziło w niej o nazizm. To właśnie wymyślona przez polskich socjologów kategoria ludzi zbędnych dziś znowu może zacząć wracać. Chodzi nie tylko o biednych, ale też o tych, którzy nie mają poczucia, że są członkami wspólnoty. Czują się pominięci i wobec tego ta wspólnota nic ich nie obchodzi. Ci ludzie są świetnym pożywieniem dla wszystkich form autorytaryzmu. Bo wtedy oni nagle czują się włączeni. Na tym polega ten fenomen, że ci ludzie zbędni, którzy są wyłączeni, zostają przez autorytaryzm włączeni. Maszerują, idą na zebrania, na wiece, tak było kiedyś. Teraz będzie to miało nieco inne formy, także internetowe. Chociaż niekoniecznie, maszerować można zawsze. To jest niesłychanie niebezpieczne. Bo to są ludzie, którzy za włączenie sprzedadzą dużo.

Wokół tej pandemii dzieje się też coś dobrego. Obserwujemy przywrócenie należnego znaczenia ludziom nauki. Słuchamy uważniej lekarzy, profesorów, ekspertów. To będzie trwało?

- To może trwać, jeżeli będziemy mieli do czynienia z pokorą polityków. Jeżeli politycy naprawdę im uwierzą. To ma miejsce w Szwecji, gdzie rządzą w tej chwili właściwie lekarze, wirusolodzy, a nie premier. Zobaczymy, czy to się tam uda. Natomiast to byłoby słuszne, o bardzo wielu rzeczach powinni decydować specjaliści. Ciągnie to zapewne ze sobą niebezpieczeństwo, bo eksperci są poza demokratyczną kontrolą - tzn. szanując niesłychanie i wierząc, że wirusolodzy doskonale znają się na tym, co robią, jednocześnie ani pani, ani ja, ani żaden obywatel nie ma dostatecznej wiedzy, żeby ich opinie jakkolwiek skontrolować. Jeżeli oddamy decyzje ekspertom, to te decyzje wymkną nam się spod kontroli. To wcale nie jest niebezpieczeństwo abstrakcyjne. I ten balans między demokracją a wiedzą ekspercką jest szalenie trudny do utrzymania z tego względu, że są wybitni eksperci i są beznadziejni politycy. I to jest cecha całego zachodniego świata. To, co się dzieje na linii eksperci – Trump, jest horrendalne. Czytam rano "New York Timesa", a tam Trump plecie, a eksperci mówią zupełnie co innego. I właściwie w Ameryce mamy teraz dwuwładzę.

Z drugiej strony mamy stygmatyzowanie lekarzy, którzy mają częstszą niż przeciętny obywatel styczność z koronawirusem, i słyszymy - a to dziecko lekarza nie zostaje przyjęte do przedszkola, a to sąsiedzi sugerują, by lekarz się wyprowadził, a to sklepy nie chcą obsługiwać medyków. Nie przygnębia to pana?

- To jest oburzające. Z zawodu jestem filozofem, ale też socjologiem. To przygnębia, ale jest także zrozumiałe i zawsze się powtarza. Pewne grupy są w pewnych sytuacjach stygmatyzowane. I to jest ta nieuchronna, okropna i obrzydliwa niechęć do obcych. Zawsze podczas dyskusji o antysemityzmie wychodzi to na jaw. Z jednej strony karygodna obrzydliwość antysemityzmu, a z drugiej strony ten element niechęci do obcych, która istnieje na całym świecie. W każdym cywilizowanym społeczeństwie. Oczywiście są grupy, które są pozbawione tej niechęci i są cywilizowane, ale są grupy gorszych ludzi. Moja przyjaciółka opowiadała mi, że mieszka w Warszawie i w jej budynku ktoś jest w kwarantannie. Ludzie zaczęli tej osobie robić napisy pod drzwiami, rzucać brzydkie rzeczy, żeby się tylko wyprowadziła. To jest horrendalne, ale jednocześnie świadczy o tym, że niestety, bez względu na poziom cywilizacji pewne grupy polskiego społeczeństwa, choć nie tylko polskiego, nie wyzbyły się i pewnie nigdy się nie wyzbędą strachu podszytego nienawiścią lub nienawiści podszytej strachem w stosunku do naznaczonych, obcych i jakoś szczególnych.

Ta pandemia niesie dużo powodów do zmartwienia, niepokoju, niepewności w różnych aspektach. Ludzkość wyjdzie z niej gorsza czy lepsza? Boi się pan tego świata po pandemii czy nie?

- Długofalowo myślę, że będzie lepiej. Ten świat był oparty na szaleńczej idei utylitaryzmu i wzrostu. Wszyscy uważaliśmy, że trzeba mieć lepszy telefon komórkowy, lepszy samochód, mieszkanie, wakacje, dzieci w lepszej szkole. To prowadziło donikąd. Świat się będzie musiał opanować po tych kilkudziesięciu latach niebywałej w historii ludzkości prosperity. Właściwie nigdzie nie było tak dobrze, wygodnie i przyjemnie jak przez te ostatnich kilkadziesiąt lat. Wszystko to się skończy i wróci pewna norma ludzka - że świat jest padołem łez i tylko czasem zaświeci słońce. I trzeba się cieszyć z tego, że czasem zaświeci słońce. Jak wróci taka norma, to będzie zupełnie w porządku. Trzeba zrozumieć, że to, co było, było wyjątkowe. Powrotu do tego nie będzie na pewno. Jak wróci ta norma, to zobaczymy. W moim przekonaniu bez rewolucji się nie obędzie. Jaki będzie kształt tej rewolucji, czy będzie z gilotyną, czy tylko aksamitna, tego nie wiemy. Nikt na świecie nie wie też, kiedy ona nastąpi. Może być jesienią, a może za cztery lata. W jakimś sensie zacznie być wprowadzany inny, normalny porządek. Z czego raczej trzeba się cieszyć, ale w dłuższej perspektywie. Jednak w krótszej, przez te kilka lat, będziemy żyli w świecie niewiarygodnego chaosu, rozprężenia wszystkiego. To już w tej chwili jest nie do nadrobienia. Przykładem może być uczelnia wyższa. Straciliśmy teraz ten jeden semestr i w jakimś sensie będziemy mieli wielkie kłopoty w następnym. Po pierwsze, nie wiadomo, czy w ogóle uda się jesienią wznowić studia, a jeśli się uda, to przyjdą studenci po maturze, którzy też stracili ostatnie pół roku. To wszystko jest w sumie rok straty. Ten rok będzie niesłychanie trudny do nadrobienia. Szkoła i tak jest fatalna, a to, co będzie teraz, będzie jeszcze gorsze.

źródło: gazeta.pl

/świat, jaki znamy, wkrótce odpadnie od ściany... poniżej grafika z Archiwum FN/

szukaj:  

Wejście na pokład

Zapamiętaj mnie

Wiadomość z okrętu Nautilus

Z  POCZTY DO FN: [...] Witam FN! Jeśli chodzi o detonacje ładunków nuklearnych przez Koreę Północną co się nie podoba USA to podejrzewam że tu pasuje historia z pogranicza - oddaj to moje..  Przyczyna jest prosta - kończy się materiał rozszczepialny na Ziemi do którego USA wystawia swoje żądania a Kim Dzong Un się po prostu bawi jak dziecko i wyładowuje swój arsenał. A oddać nie chce - woli zdetonować go w bunkrach i górach.. Gdy się skończy materiał rozszczepialny to wojna nuklearna...

UFO24

więcej na: emilcin.com

Czw, 26 lis 2020 03:00 | Witam, 23.11.2020 nad Białołęką na wysokości osiedla Regaty był widoczny bardzo duży obiekt tuż nad chmurami. Obiekt widziała moja partnerka oraz jeszcze jeden sąsiad podczas spaceru z psami.Jak na razie odnalazłem jeszcze jedną osobę która widziała ten obiekt 15 min później już szybko lecący. Wstępnie oceniamy że obiekt mógł mieć kilkaset metrów długości. Był bardzo dużyProszę popytajcie czy ktoś na Białołęce 23.11.2020 koło godziny 23.15 czegoś nie widział.

Dziennik Pokładowy

Czwartek, 15 października 2020 | Koronawirus kryje w sobie wiele tajemnic i ukrytych przed nawet najlepszymi laboratoriami na świecie niespodzianek, które właśnie wywracają znany nam świat do góry nogami. Proces wielkiej przemiany zaczął się śmiesznie, wręcz zabawnie – ot, jakiś śmieszny wirus z Chin, co to zabija tylko starców, a resztę traktuje „bezobjawowo”. Ale to nie jest takie proste.

czytaj dalej

FILM FN

KORONAWIRUS - bestialskie polowania i zjadanie dzikich zwierząt kluczem do zrozumienia tajemnicy pandemii koronawirusa

archiwum filmów

Archiwalne audycje FN

Playlista:

rozwiń playlistę




Właściwe, pełne archiwum audycji w przygotowaniu...
Będzie dostępne już wkrótce!

Poleć znajomemu

Poleć nasz serwis swojemu znajomemu. Podaj emaila znajomego, a zostanie wysłane do niego zaproszenie.

Najnowsze w serwisie

Wyświetl: Działy Chronologicznie | Max:

Najnowsze artykuły:

Najnowsze w XXI Piętro:

Najnowsze w FN24:

Najnowsze Pytania do FN:

Ostatnie porady w Szalupie Ratunkowej:

Najnowsze w Dzienniku Pokładowym:

Najnowsze recenzje:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: OKRĘT NAUTILUS - pokład on-line:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: Projekt Messing - najnowsze informacje:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: PROJEKTY FUNDACJI NAUTILUS:

Informacja dotycząca cookies: Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu logowania i utrzymywania sesji Użytkownika. Jeśli już zapoznałeś się z tą informacją, kliknij tutaj, aby ją zamknąć.