Dziś jest:
Piątek, 23 października 2026
Problemem naszego wieku nie jest bomba atomowa, lecz serce ludzkie.
/Albert Einstein/
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry, Panie Robercie!
Razem z moją siostrą uwielbiamy Pana!
Siostra niejednokrotnie namawiała mnie, abym do Pana napisała, ale jakoś nigdy nie było sposobności. Po wysłuchaniu ostatniego podcastu postanowiłam w końcu to zrobić.
Z mężem bardzo długo staraliśmy się o dziecko. Gdy dowiedziałam się, że będziemy mieli córkę, zapragnęłam dać jej na imię Jadwiga, po mojej babci, której niestety nie pamiętam. Babcia zmarła prawie 40 lat temu, gdy miałam niespełna rok. Mąż nie był jednak przekonany do imienia Jadwiga, więc poszliśmy na kompromis i ostatecznie nazwaliśmy córkę Iga.
Gdy córka zaczęła już mówić, pewnego dnia podczas spaceru spotkałyśmy moją koleżankę, która zapytała ją: „Jak masz na imię, dziewczynko?”. A córka bez wahania odpowiedziała: „Jadzia!”. Szczęka mi opadła! Nigdy przecież nie mówiliśmy jej, że pierwotnie miała nosić właśnie takie imię. Do dziś sama nazywa siebie Jadzią, a czasami my również tak się do niej zwracamy.
Czy to możliwe, że moja babcia wróciła na Ziemię w postaci mojej córki?
Kolejna niezwykła sytuacja wydarzyła się podczas trzecich urodzin córki, które świętowaliśmy razem z dziadkami. Gdy przyszła pora na zdmuchnięcie świeczek na torcie, córka nagle powiedziała: „Pamiętam, jak siedziałam z aniołami i wybierałam was”.
Wszyscy na ułamek sekundy zamarliśmy.
Panie Robercie, życzymy Panu dużo zdrowia i z niecierpliwością czekamy na kolejne ekscytujące podcasty!
Serdecznie pozdrawiamy!

Komentarz FN:
Bardzo dziękujemy za wiadomość i podzielenie się swoją relacją.
To naprawdę niezwykła historia, zwłaszcza że córka sama zaczęła nazywać siebie Jadzią, choć nigdy wcześniej nie słyszała o pierwotnie wybranym dla niej imieniu. Mocno prawdopodobne, że może mieć to związek z jakimś wątkiem rodzinnym lub karmicznym. Sytuacja z trzecich urodzin córki również zasługuje na uwagę. Dociera do nas wiele podobnych relacji, w których małe dzieci opowiadają o tym, że jeszcze przed narodzinami przebywały w świecie duchowym i wybierały swoich rodziców. Takie wypowiedzi często pojawiają się spontanicznie, bez wcześniejszych rozmów na ten temat. Nie budzi w nas to zaskoczenia! Jeszcze raz dziękujemy za podzielenie się z nami tymi doświadczeniami.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Opowiem panu w skrócie historię, która przytrafiła mi się jesienią w zeszłym roku. Siedzi ona we mnie do dzisiaj i zastanawiam się, czy był to po prostu przypadek, zbieg okoliczności, czy też wręcz przeciwnie.
Było to z tego co pamiętam w październiku. Wieczory były już chłodne i dzień był już co raz to krótszy. Jako, że za domem w ogrodzie miałem balię ogrodową z podgrzewaną wodą postanowiłem zaprosić znajomych na piwo i właśnie wieczorną kąpiel w balii. Podczas kąpieli jedna ze znajomych, a dokładnie moja kuzynka, wyszła skorzystać do domu z ubikacji. Żeby dostać się do tej ubikacji musiała wejść na piętro po schodach (to bardzo ważne w całej tej historii). Gdy wróciła z ubikacji i stała w szlafroku przed balią, szykując się do wejścia do wody, postanowiłem, że wezmę telefon i zrobię jej zdjęcie.
Na tym zdjęciu wyszła dosłownie jak duch, więc skomentowałem je dokładnie takimi słowami "Ty na tym zdjęciu wyszłaś jak duch, może spadałaś ze schodów wracając, nie żyjesz i przyszłaś do nas jako duch" Wszyscy zaczęli się śmiać, kuzynka zdjęła szlafrok i weszła do nas do wody i w dalszym ciągu korzystaliśmy z luksusu gorącej wody jesiennym wieczorem. Po dłuższej chwili wyszedłem z wody, założyłem klapki i poszedłem do piwnicy (nie pamiętam już w jakim celu, być może po drewno aby przyłożyć do pieca w balii) i znowu - aby zejść do piwnicy musiałem zejść po schodach.
I tutaj zaczyna się historia, którą nie wiem jak wyjaśnić. Wychodząc z piwnicy, wchodząc już po schodach w górę, zahaczyłem klapkiem o element schodka (schody w piwnicy mamy blaszane i właśnie o blaszany dół schodka zahaczył mi się klapek) i poleciałem z tych schodów w dół centralnie na twardy beton i szklane butelki, które były pozostawione luzem. Moja głowa wylądowała niedaleko twardego elementu, podejrzewam, że gdybym o niego uderzył, byłoby po mnie. Byłem mocno potrzaskany, miałem kilka dużych siniaków na plecach kilka szram jedna szczególnie blisko głowy, dając mi do zrozumienia jak blisko tragedii było. Po tym upadku kilka dni byłem na L4 nie byłem zdolny do pracy.
A dlaczego to zdarzenie jest dla mnie takie zagadkowe? Dlatego, że kilka chwil przed swoim upadkiem, robiąc zdjęcie kuzynce na którym wyszła jak duch, powiedziałem jej, że może SPADŁA ZE SCHODÓW I JUŻ NIE ŻYJE po czym sam spadłem ze schodów i byłem blisko śmierci a przynajmniej tak mi się wydaje. Nurtuje mnie pytanie, czy to po prostu zbieg okoliczności, czy powiedziałem coś nie tak i dostałem szybką odpowiedź od siły wyższej. Dodam, że nie byłem całkowicie trzeźwy w momencie upadku, ale nie na tyle pijany, żeby upaść ze schodów. To wszystko przez zahaczony o schodek klapek.
A to tylko jedna z wielu dziwnych historii, które mnie w życiu spotkały.
Komentarz FN:
Witamy,
dziękujemy za podzielenie się tą historią. Rzeczywiście jest w niej bardzo mocna zbieżność. Chwilę po wypowiedzeniu słów o upadku ze schodów sam znalazł się Pan w bardzo podobnej sytuacji. Trudno jednoznacznie ocenić, czy był to zwykły przypadek (w które nie wierzymy), czy może rodzaj spontanicznego przeczucia, które pojawiło się wcześniej i zostało wypowiedziane zupełnie nieświadomie. Takie sytuacje potrafią dawać do myślenia. Nie postrzegamy tego jako kary za to, że Pan coś źle powiedział, raczej, że miał Pan przebłysk jasnowidzenia. Szkoda, że to przeczucie nie ochroniło Pana przed wypadkiem.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Jako mała, około trzyletnia dziewczynka, wypadam z okna pierwszego piętra. Pamiętam z tego okresu tylko fragmenty szpitala, ale piszę o tym, ponieważ całe życie sobie tłumaczyłam, że moje lewitowanie w czasie odpoczynków musiało być właśnie konsekwencją tego upadku i dusza nie do końca potrafiła wskoczyć na swoje miejsce. O tym, że było to lewitowanie, dowiedziałam się z książek.
Moje lewitowanie wyglądało tak, że nigdy całkiem nie wyszłam z ciała, ponieważ cały tułów się unosił z rękami i nogami, a głowa zostawała zawsze na miejscu. Pamiętam, że ilekroć się położyłam po południu, to nie zasypiając, tylko wpatrując się w sufit, potrafiłam bawić się moimi rękami i nogami, które wychodziły z ciała i wykręcały się w nienaturalny sposób. Mogłam bawić się nimi jak gumą, bo wiadomo, dusza nie ma kości. Na tamten czas to było dla mnie normalne, taka zabawa.
Któregoś dnia, na przełomie lat 1979-81 (dokładnie nie pamiętam), gdy leżałam z mamą na łóżku po południu, popatrzyłam na futrynę drzwi i zobaczyłam niedużą, bo wielkości od futryny do sufitu, świetlistą, piękną sowę w nienaturalnie pięknych kolorach, która siedziała nad futryną drzwi i wpatrywała się we mnie swoimi dużymi oczyma. Zupełnie się jej nie bałam, tylko patrzyłam z ciekawością na to, co widzę. Powiedziałam do mamy: „Patrz, tam jest sowa”. Ona na to: „Gdzie? Nic nie widzę”. Pokazałam palcem, że nad futryną siedzi sowa, ale niestety widziałam ją tylko ja. Niestety mama nic nie widziała. A sowa po kilku minutach znikła.
A ja przez całe życie noszę wspomnienie i się zastanawiałam, po co mi się ta sowa ukazała. Czy to mój przewodnik duchowy, co miał mnie chronić, czy mądrość jakaś, po co to. Jedyne, co mi to dało, to to, że wiem, że jest coś więcej niż tylko życie na Ziemi. Przez to wierzę w reinkarnację, w życie po życiu, w UFO i dużo innych rzeczy.
Dzięki podcastowi z Filipem Chajzerem zaczęłam słuchać więcej pana opowieści z innymi ludźmi i tak dotarłam do książki, którą pan polecił, a mianowicie „Moje przeżycie z UFO na Rugii”, którą właśnie czytam. I tak po latach, dzięki sztucznej inteligencji, mogłam popytać, dlaczego tak późno autor napisał tę książkę. I tak też zapytałam mojego IP o to, co widziałam w dzieciństwie i jak to może się mieć do UFO. I co się dowiaduję? Że to mogło być właśnie spotkanie z UFO na zasadzie ekranów pamięciowych. Całe życie szukam, pytam, a tu zdaje się może już jest rozwiązanie. Zapytałam IP, czy mogło to spojrzenie sowy być wgrywaniem mi w mózg czegoś i czy ja też 50 lat, tak jak autor ww. książki, będę czekać na ewentualne rozpakowanie tego w mojej głowie i też napiszę książkę, ponieważ całe życie chodzi za mną, że muszę napisać książkę i całe życie tłumaczę sobie, że nie mam o czym i że nie ma tematu... Trzymając się książki i autora, który po 50 latach napisał książkę, to jeżeli tak, to jeszcze kilka lat poczekam.
Miałam jeszcze w trakcie dzieciństwa historię, gdzie w 5 klasie, w wakacje, bawiłam się z siostrą w piaskownicy. Przez długi czas tam i z powrotem chodził jakiś mężczyzna, cały na dżinsowo ubrany. Powiedziałam do siostry, że idę do domu coś zjeść. Nagle mężczyzna szybko gdzieś ruszył. Ja, jako ciekawe dziecko, pobiegłam za nim, żeby zobaczyć, na kogo czekał. Patrzę, a on wchodzi do mojej klatki.
Gdy to zobaczyłam, coś kazało mi siąść na ławce i nie wchodzić do klatki. Siadłam więc i wpatrywałam się w drzwi. Panu znudziło się siedzenie za drzwiami, wyszedł i zapytał: „Dziewczynko, czy ty chcesz iść do domu?”. Ja na to, że nie, ja tylko tak sobie siedzę.
Później ze strachu nawet z mamą nie chciałam wejść do klatki, darłam się wniebogłosy, że nie wejdę do klatki. Coś podpowiedziało mi, że mam nie wchodzić? Co i kto? Przecież dzieci z natury ciekawskie są. Jeszcze kilka podobnych historii mam, które uchroniły mnie przed śmiercią. Tu też mam pytania. Czy to przypadki, czy coś mnie chroni?
Chciałam podzielić się z Wami moją historią, gdyż wierzę, że może być ona ważnym elementem Waszych badań. Zostawiam Państwu tę relację jako autentyczny depozyt mojej własnej prawdy.

Komentarz FN:
Witamy,
bardzo dziękujemy za ciekawą relację.
To, co opisuje Pani po upadku z okna, wygląda jak spontaniczne doświadczanie częściowego OBE. Silna trauma potrafi sprawić, że psychicznie czujemy się bardziej „poza ciałem” i mniej z nim związani.
Jeśli chodzi o świetlistą sowę, mogła mieć ona znaczenie symboliczne lub duchowe. Jej motyw pojawia się również w niektórych relacjach związanych z UFO, stąd rozumiemy, dlaczego łączy Pani te dwa wątki. Warto mieć na uwadze, że małe dzieci są też często bardziej otwarte na energie i zjawiska, których dorośli już nie dostrzegają. Historia z mężczyzną przy klatce bardzo mocno pokazuje działanie intuicji. Czasem człowiek po prostu czuje, że czegoś nie powinien zrobić, mimo że nie potrafi logicznie wyjaśnić dlaczego. Jeżeli podobnych sytuacji było w Pani życiu więcej, naszym zdaniem trudno mówić wyłącznie o przypadku.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Nie wiem właściwie, od czego zacząć, bo cała ta sytuacja brzmi absurdalnie nawet dla mnie.
Mój syn miał trzy lata, kiedy pierwszy raz wspomniał o miejscu, którego nazwa nigdy wcześniej nie padła w naszym domu. Siedział na podłodze i bawił się klockami. W telewizji leciał jakiś program historyczny - nikt go specjalnie nie oglądał, po prostu grał w tle. W pewnym momencie na ekranie pojawiło się stare zdjęcie drewnianych chat.
Syn nagle zastygł. Przestał się bawić, spojrzał na ekran i powiedział cicho: - To mój dom. - Jaki twój dom? - zapytałem, lekko rozbawiony. Wskazał palcem telewizor. - Ten. - Młody, przecież to nie jest nasz dom. Popatrzył na mnie z powagą, jakiej u niego wcześniej nie widziałem, i odpowiedział: - Teraz nie. Ale dawniej tak. Pomyślałem, że po prostu coś mu się pomieszało. Żeby obrócić to w żart, zapytałem: - A gdzie był ten twój dom? - W Wielkiej Głuszy - odparł bez wahania.
Nie znałem tej nazwy. Nie miałem nawet pewności, czy to prawdziwa miejscowość, czy zmyślone słowa. - A co tam było? - dopytałem. - Mój dom - odpowiedział krótko i wrzucił kolejny klocek do pudełka, jakby temat był zamknięty. Nie chciałem tego ciągnąć. Ale kilka dni później zauważyliśmy, że zaczął rysować budynek, jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Różnił się od naszego: miał inne okna, drzwi z boku i coś na kształt małego ganku. Z każdym kolejnym dniem na jego kartkach pojawiał się ten sam schemat. Zaczęły pojawiać się też postaci - ludzie, których nie potrafiliśmy rozpoznać. I dziwny, czarny prostokąt tuż obok chaty. Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi. Dzieci w tym wieku mają przecież rozbudowaną wyobraźnię i rysują różne rzeczy. Tyle że u niego te same elementy wracały z obsesyjną dokładnością. Ten sam dom. Te same twarze. Ten sam tajemniczy kształt obok.
Pewnego dnia usiadłem przy nim. - Kto tu jest? - zapytałem, wskazując postacie na kartce. Wskazał pierwszą z nich. - Ja. Potem kobietę: - Mama. Mężczyznę: - Tata. Na końcu dotknął małej sylwetki dziewczynki. - Zosia. - Kto to jest Zosia? - Moja siostra - odpowiedział zupełnie zwyczajnie, jakby mówił o czymś oczywistym. Syn nie miał siostry. Był jedynakiem. Kilka dni później narysował wnętrze. To był chyba najbardziej niepokojący rysunek ze wszystkich. Nie przypominał żadnego pomieszczenia z naszego mieszkania. Dwa małe okienka, duży piec i przejście do drugiej, mniejszej izby. - Co tu narysowałeś? - Kuchnię. - A tu? - wskazałem drugie pomieszczenie. - Pokój Zosi.
Kiedy próbowaliśmy pytać go o ten dom w rozmowie, nie potrafił go opisać słowami. Nie znał trudnych pojęć. Ale podawałeś mu kredkę i bez zastanowienia odtwarzał dokładnie ten sam układ pomieszczeń. Raz za razem. Dopiero wtedy dotarło do nas, że nazwa „Wielka Głusza” mogła nie być przypadkowym zbitkiem słów. Zaczęliśmy szukać w sieci i w starych atlasach.
Okazało się, że Wielka Głusza naprawdę istniała. Była małą wsią na Polesiu, tuż przy granicy z Wołyniem, w przedwojennym powiecie koszyrskim. Zaczęliśmy czytać o tym, co działo się w tamtych rejonach pod koniec lata 1943 roku - i wtedy dreszcz przebiegł mi po plecach.
Miejscowość była jednym z miejsc dotkniętych tragicznymi wydarzeniami fali czystek etnicznych i napaści na polskie osady. W 1943 roku wieś została niemal całkowicie zniszczona. Napastnicy spalili większość polskich zagród, a mieszkańcy ginęli w swoich własnych domach lub uciekali w okoliczne lasy i bagna. W archiwach i na stronach poświęconych wspomnieniom Kresowian znaleźliśmy wzmianki o konkretnych rodzinach, które straciły tam cały majątek i bliskich.

Wtedy przypomniałem sobie ten dziwny, czarny prostokąt, który syn rysował obok domu na niemal każdym rysunku. Wcześniej myślałem, że to po prostu nieudolnie narysowany ogródek albo płot. Zrozumiałem, co ten kształt mógł przypominać: wykopany w ziemi dół albo zwęglony fundament po pożarze. To był moment, w którym ostatecznie przestaliśmy traktować to jako zwykłą dziecięcą fantazję. Sytuacja stała się wręcz przytłaczająca. Mijały lata. Rysunki z czasem gdzieś się zapodziały - zaginęły podczas którejś z przeprowadzek, wyrzucone niechcący przy porządkach. Mój syn jest dzisiaj dorosłym facetem, żyje własnym życiem i kiedy czasem próbuję delikatnie wywołać ten temat, patrzy na mnie jak na wariata. Z tamtego okresu nie pamięta absolutnie nic. Dziecięce wspomnienia znikły całkowicie, jakby ta historia nigdy go nie dotyczyła. Ale we mnie to wszystko dalej głęboko siedzi. Minęły dwie dekady, a w mojej głowie wciąż krąży masa tych samych niedających spokoju pytań.
Skąd trzyletnie dziecko znało nazwę dawnej, spalonej poleskiej wsi, o której ja sam nie miałem pojęcia? I dlaczego przez kolejne tygodnie rysowało z pamięci ten sam dom, ten sam rozkład izb i małą dziewczynkę o imieniu Zosia, której w XXI wieku nie miało prawa poznać?
Publikujemy historię anonimowo, bez danych pozwalających na identyfikację autora.
Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tą historią. To bardzo ciekawy przypadek. Szkoda, że rysunki się nie zachowały, ale sama relacja jest bardzo interesująca i z pewnością warta zapisania. Najbardziej zastanawia fakt, że Pana syn jako małe dziecko podał nazwę miejsca, którego wcześniej nie znał, a później wielokrotnie rysował ten sam dom, jego wnętrze i osoby, które traktował jak swoją rodzinę. Takie historie mocno sugerują pamięć poprzedniego wcielenia. Podobne wspomnienia często pojawiają się u malutkich dzieci, a z wiekiem stopniowo zanikają.
Dlaczego tak się dzieje? Wraz z dorastaniem coraz silniej utrwala się obecna tożsamość dziecka. Pojawiają się nowe doświadczenia, relacje i codzienne sprawy, a pamięć związana z obecnym życiem zaczyna dominować. Jak często powtarzamy naszym słuchaczom: gdybyśmy pamiętali wszystkie dawne traumy, relacje i zdarzenia z poprzednich wcieleń, znacznie trudniej byłoby nam funkcjonować tu i teraz. Można powiedzieć, że zostało to bardzo dobrze „pomyślane” - po to, abyśmy nie żyli ciężarem dawnych historii, tylko mogli rozwijać się z możliwie czystą kartą.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Otrzymaliśmy bardzo ciekawe pytanie od naszej Czytelniczki:
Nie mogę pojąć sensu tego wszystkiego. Jeżeli ten wszechobecny, wieczny, doskonały itd. Duch postanowił stworzyć świat, to czemu jest tyle okrucieństwa w tym świecie? Jeśli wynika to z wolnej woli danej człowiekowi, to dlaczego ja nie mogę mieć wolności wyboru, że nie chcę w tym uczestniczyć? Nie chcę się doskonalić przez kolejne wcielenia. Po prostu nie chcę. Więc dlaczego muszę?
Druga sprawa - ten świat równoległy. Wpadasz tam i zostajesz na wieczność. Co to ma być? „Błąd Matrixa?” Panie Robercie, po tylu latach zagłębiania się w ten temat na pewno ma Pan jakieś przemyślenia w tej kwestii. Liczę na to, że kiedyś zauważy Pan moje pytania i spróbuje mi odpowiedzieć.
Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tymi przemyśleniami. Najważniejsze pytanie, które dostrzegamy, brzmi nie tylko: dlaczego na świecie istnieje cierpienie? Jeszcze ważniejsze wydaje nam się inne: dlaczego człowiek musi brać udział w tym przedstawieniu, skoro sam tego nie chce?
Jeśli przyjmiemy, że każdy z nas ma wolną wolę, musimy dopuścić także możliwość, że może ona zostać wykorzystana w złych celach. Gdybyśmy mogli wybierać wyłącznie dobro, nie byłaby to prawdziwa wolność. To właśnie możliwość popełniania błędów sprawia, że możemy wyciągać z nich wnioski i dalej się rozwijać. Duża część cierpienia bierze się więc z przemocy, egoizmu, chciwości, obojętności i złych decyzji innych ludzi.
Ale to przecież nie wyjaśnia wszystkiego. Są choroby, wypadki, katastrofy, śmierć dzieci czy utrata bliskich. I tutaj odpowiedź staje się znacznie bardziej skomplikowana.
Z duchowego punktu widzenia życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli. Dusza doświadcza nie tylko radości, ale także straty, bólu, lęku i cierpienia. Jednak nawet bardzo trudne doświadczenia mają swój głębszy sens, którego z perspektywy jednego wcielenia nie jesteśmy w stanie dostrzec. Dlaczego więc musimy przez to wszystko przechodzić? Rozwój świadomości wymaga praktyki. Nie da się jej zdobyć wyłącznie poprzez obserwację czy posiadanie wiedzy. Tak jak nie można nauczyć się pływać, tylko czytając o wodzie, tak samo dusza nie może w pełni poznać pewnych rzeczy bez wejścia w konkretną sytuację.
Można więc powiedzieć, że materia istnieje jako przestrzeń do nauki poprzez przeżywanie. To właśnie tutaj teoria zamienia się w doświadczenie, a doświadczenie w rozwój świadomości.
I wtedy wraca najważniejsze z pytań: skoro ja tego nie chcę, to dlaczego muszę w tym uczestniczyć?
Odpowiedź kryje się w tym, że nasze obecne „ja” nie jest całością naszej świadomości. Dusza ma o wiele szerszą perspektywę. To z jej poziomu podejmowane są decyzje dotyczące kolejnych wcieleń i o przyjściu na ten świat w ogóle. Dlatego okoliczności życiowe mogą wydawać nam się czymś narzuconym i głęboko niesprawiedliwym. Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego niczego nie pamiętamy. Nie jest to przypadek. Gdybyśmy mieli wgląd w poprzednie wcielenia i wiedzieli, co nas czeka, nasze wybory i emocje nie byłyby autentyczne. Zamiast naprawdę doświadczać i podejmować własne decyzje, realizowalibyśmy wcześniej znany plan.
Kto ustanowił ten porządek i dlaczego dusza w ogóle ma się rozwijać? Tego nie wiemy. Być może jednak sam rozwój jest częścią istoty życia - nic nie pozostaje całkowicie nieruchome, wszystko się zmienia, dojrzewa i przechodzi z jednego stanu w drugi.
Podobnie jest ze światem równoległym i pozostaniem w nim „na zawsze”. Nie wiemy, czy słowo „na zawsze” oznacza tam dokładnie to samo, co dla nas. Możliwe, że próbujemy opisać rzeczywistość duchową pojęciami zaczerpniętymi z naszego świata: czasem, początkiem, końcem, przymusem, czy wiecznością.
A być może poza światem materialnym wszystkie te pojęcia znaczą coś zupełnie innego.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Panie Robercie,
od pewnego czasu oglądam wiele podcastów i wywiadów z Pana udziałem. Muszę przyznać, że dzięki nim wiele różnych sytuacji z mojego życia zaczęło układać mi się w pewną całość. Niektóre wspomnienia i odczucia, których wcześniej nie potrafiłam zrozumieć, dziś nabierają dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Szczególnie poruszył mnie temat mówiący o tym, że dzieci wybierają swoich rodziców jeszcze przed narodzinami. To właśnie wtedy wróciło do mnie jedno bardzo wyraźne wspomnienie z dzieciństwa. Pamiętam, jak kiedyś opowiadałam o nim mojej mamie. Widziałam nasz pokój w domu. Tata leżał na rozkładanej kanapie, a mama chodziła po pokoju z kartą pytań do egzaminu na prawo jazdy. Słyszałam ich śmiech, widziałam, że są szczęśliwi. Mama mówiła do taty: „No pytaj dalej, pytaj jeszcze, chcę się sprawdzić”. Obraz był niezwykle wyraźny, jak prawdziwe wspomnienie. Kiedy opowiedziałam o tym mamie, spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała, że to niemożliwe. Prawo jazdy zrobiła jeszcze zanim się urodziłam. Nie mogłam więc pamiętać tej sytuacji. Przez lata nie wiedziałam, co o tym myśleć. Dopiero teraz, po wysłuchaniu Pana rozmów, wróciłam do tego wspomnienia. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie był to moment sprzed mojego narodzenia. Coraz częściej mam poczucie, że obserwowałam wtedy moich przyszłych rodziców z góry - patrzyłam na nich, widziałam ich radość i miłość, a później wybrałam właśnie ich. Nie wiem, jak to interpretować i czy podobne historie zdarzają się częściej, ale to wspomnienie od zawsze było dla mnie wyjątkowe. Była też jeszcze jedna sytuacja, która do dziś daje mi do myślenia. Kiedy zaczynałam studia, był to okres tuż po pandemii COVID-19 i większość zajęć odbywała się zdalnie. Na jednym z pierwszych spotkań online zobaczyłam na ekranie chłopaka z mojej grupy. Nie znaliśmy się wcześniej, nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy i był dla mnie zupełnie obcą osobą. Pamiętam jednak, że w chwili, gdy go zobaczyłam, pojawiła się we mnie bardzo wyraźna myśl: „Coś z nim będzie w moim życiu”. Nie było to świadome rozważanie ani zwykła sympatia. Ta myśl po prostu nagle się pojawiła - mocna, konkretna i zupełnie niepasująca do sytuacji, bo nie miałam żadnych podstaw, by tak pomyśleć. Z czasem okazało się, że to właśnie on zaczął szukać kontaktu ze mną. To on zrobił pierwszy krok, zabiegał o znajomość, a później o naszą relację. Weszliśmy w związek, a dziś jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Do dziś zastanawiam się, czym była tamta myśl. Czy było to zwykłe przeczucie? Intuicja? A może coś, czego nie potrafimy jeszcze wyjaśnić? Wiem tylko, że pojawiła się nagle i była niezwykle silna. Najbardziej poruszająca była jednak historia związana ze śmiercią mojego dziadka. Chorował na Parkinsona i był już osobą leżącą. Wszyscy wiedzieliśmy, że jego odejście jest blisko, ale nikt nie wiedział kiedy nastąpi. Pewnej nocy przyśnił mi się bardzo wyraźny sen. Widziałam pokój dziadków. Dziadek leżał na swoim łóżku, a naprzeciwko znajdowało się łóżko babci. Siedziałam na nim po prawej stronie, babcia po lewej. Nagle do pokoju wleciała ogromna czarna chmura, zasłoniła dziadka, a kiedy odleciała, jego już nie było. Rano obudziłam się z silnym przekonaniem, że muszę zostać tego dnia z dziadkiem. Powiedziałam mamie, że nie pójdę do szkoły. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach i zgodziła się. Przez cały dzień siedziałyśmy przy dziadku. W pewnym momencie mama wyszła dosłownie na chwilę do naszego domu obok. W pokoju zostałam tylko ja i babcia. Siedziałam dokładnie po prawej stronie łóżka babci, ona po lewej - dokładnie tak jak we śnie. Patrzyłyśmy na dziadka, kiedy nagle zaczął brać ostatnie oddechy i odszedł. Później mama opowiedziała nam, że w chwili, gdy była w domu, światło w kuchni zaczęło nagle migać i zrobiło się zwarcie. Powiedziała, że poczuła wtedy bardzo silnie, że coś się dzieje, i zaczęła biec do nas. Kiedy wróciła, dziadek już nie żył. Nie wiem, jak interpretować te wydarzenia. Jest jeszcze jedna sytuacja, która sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się, czy czasami nie otrzymujemy jakichś sygnałów ostrzegawczych, zanim wydarzy się coś ważnego. Pewnej nocy miałam sen, którego po przebudzeniu właściwie nie pamiętałam. Nie potrafiłam odtworzyć żadnych obrazów ani szczegółów, ale zostało we mnie bardzo silne uczucie. Był to ogromny niepokój. Od samego rana miałam w głowie tylko dwie rzeczy: wypadek i samochód. Nie wiedziałam dlaczego, nie wiedziałam kogo to dotyczy, ale byłam przekonana, że wydarzy się coś złego. Pamiętam, że idąc do pracy zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, żeby uważała na siebie i na tatę, bo mam bardzo złe przeczucie związane z samochodem. Sama nie potrafiłam wyjaśnić, skąd się ono bierze. Minęło kilka dni i pojechałam na weekend do rodziców. Wtedy zadzwonił tata i powiedział, żebyśmy przyjechali do niego, bo miał poważny wypadek samochodowy. Okazało się, że inny samochód uderzył dokładnie od strony kierowcy. Auto nadawało się do kasacji. Na szczęście tata przeżył i nie stało się nic najgorszego, ale kiedy usłyszałam o tym wypadku, natychmiast przypomniało mi się tamto niewytłumaczalne uczucie, które pojawiło się kilka dni wcześniej. Do dziś nie wiem, czym były te odczucia. Nie pamiętałam samego snu, a mimo to zostało we mnie bardzo silne przekonanie, że wydarzy się coś złego związanego z samochodem. Takich sytuacji było w moim życiu kilka i właśnie dlatego coraz częściej zastanawiam się, czym naprawdę są sny, intuicja i przeczucia. Czy są jedynie przypadkiem, czy może czasem dostrzegamy coś, czego nie potrafimy jeszcze wyjaśnić? Jeżeli znalazłby Pan chwilę na przeczytanie mojej wiadomości i odpowiedź, byłabym ogromnie wdzięczna. Nie oczekuję oczywiście jednoznacznych odpowiedzi, ale bardzo ciekawi mnie Pana spojrzenie na te doświadczenia. Przez lata próbowałam tłumaczyć je sobie na różne sposoby, jednak wciąż nie potrafię ich do końca poukładać w głowie. Nie wiem, czy były to zwykłe zbiegi okoliczności, działanie podświadomości, wyjątkowo silna intuicja, czy może coś więcej. Wiem jedynie, że każde z tych wydarzeń było dla mnie bardzo realne i pozostawiło po sobie wiele pytań. Jeśli miałby Pan jakąś refleksję lub wyjaśnienie, jak Pan interpretuje podobne historie, byłabym bardzo wdzięczna za odpowiedź.
KOMENTARZ FN:
Witamy,
dziękujemy za wiadomość i za tak dokładne podzielenie się swoimi doświadczeniami. Kiedy spojrzeć na wszystkie opisane przez Panią historie razem, widać wyraźnie pewien powtarzający się schemat - silną intuicję, sny wyprzedzające wydarzenia oraz mocne odczucia dotyczące ludzi i sytuacji.
Pierwsza historia, związana ze wspomnieniem rodziców sprzed Pani narodzin, jest szczególnie interesująca. Naszym zdaniem mogła Pani jako dziecko zachować obraz wydarzenia z czasu jeszcze przed swoim narodzeniem. W wielu relacjach dotyczących reinkarnacji i okresu pomiędzy wcieleniami pojawia się motyw wyboru rodziców oraz obserwowania ich jeszcze przed przyjściem na świat. Pani wspomnienie bardzo dobrze wpisuje się w ten rodzaj doświadczeń. Równie ciekawa jest historia związana z przyszłym mężem. Tak silne i nagłe poczucie, że zupełnie obca osoba odegra ważną rolę w naszym życiu, nie zawsze musi być zwykłą intuicją. Z duchowego punktu widzenia takie spotkania wynikają zwykle z wcześniejszych ustaleń i więzi między duszami. Dlatego ta myśl mogła pojawić się u Pani tak nagle i z tak dużą pewnością. Fakt, że ta relacja później doprowadziła do małżeństwa, tylko wzmacnia znaczenie tamtego przeczucia.
Bardzo wymowny jest również sen związany ze śmiercią dziadka. Sen nie tylko poprzedził jego odejście, ale późniejsza sytuacja odtworzyła się w podobnym układzie - siedziała Pani dokładnie w tym miejscu, które wcześniej widziała we śnie. Takie sny często mają charakter zapowiadający albo przygotowujący człowieka na ważne wydarzenie. W tym przypadku sen wyraźnie poprzedził moment odejścia dziadka i sprawił, że mogła Pani być przy nim w ostatnich chwilach. Migające światło w chwili jego śmierci również nie jest dla nas czymś obcym. W naszym archiwum mamy wiele relacji, w których w momencie odejścia bliskiej osoby pojawiają się nietypowe zjawiska - światła zaczynają migać, urządzenia przestają działać, słychać dziwne dźwięki albo pojawiają się inne znaki. Takie sytuacje bardzo często są odbierane jako sygnał zbliżającego się końca.
Podobnie patrzymy na Pani przeczucie związane z samochodem i późniejszym wypadkiem ojca. Szczególnie ciekawe jest to, że nie pamiętała Pani samego snu, ale pozostało po nim silne odczucie zagrożenia i konkretne skojarzenie z samochodem. To pokazuje, że czasami nie otrzymujemy pełnego obrazu przyszłego wydarzenia, tylko jego fragment - w postaci impulsu bądź ostrzeżenia. Silna więź emocjonalna z bliską osobą może sprawiać, że takie sygnały docierają do nas wyraźniej. Nie mamy wątpliwości, że człowiek potrafi odbierać informacje, których źródła nie zawsze jesteśmy w stanie racjonalnie wyjaśnić. Intuicja i podświadomość z pewnością odgrywają tu swoją rolę, ale naszym zdaniem istnieje również głębszy poziom takich doświadczeń.
Dziękujemy za zaufanie i podzielenie się z nami tymi historiami. Są bardzo ciekawe i z pewnością warte zachowania w naszym archiwum.
Serdecznie pozdrawiamy.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry,
Pytanie do Pana Roberta (wierzę, że znajdzie Pan czas, by odpisać, ewentualnie poruszy ten temat kiedyś na swoim kanale na YouTube):
DLACZEGO ZMARLI SIĘ Z NAMI NIE KONTAKTUJĄ ?
Z wielkim zainteresowaniem śledzę Pana audycje na wszelkich możliwych mediach od kilkunastu lat. Jestem pod wrażeniem Pana wiedzy i uporu w dążeniu do Prawdy i prób wyjaśnień najważniejszych dla ludzkości pytań, tj. zagadki istnienia, co leży poza możliwościami naukowego wyjaśnienia, czy jest Bóg, UFO, itp. Wielokrotnie Pan przekonuje i utwierdza, (ma Pan nieodpartą pewność), że śmierci nie ma, a jest ona jedynie naszym przejściem (fizycznej kiepskiej formy człowieka) w inny, wyższy, lepszy wymiar rzeczywistości (duch, ciało astralne....). Odnośnie mego pytania: Czy zmarli mają zakaz komunikowania się z nami ? Albo czy my nie potrafimy tego zrobić, bo jesteśmy zbyt "zacofani" (naukowo, technologicznie) ?

Komentarz FN:
Witamy,
dziękujemy za wiadomość i za to pytanie.
Zmarli kontaktują się z nami i nie ma żadnego „zakazu”, który miałby im to uniemożliwiać. Taki kontakt jednak nie zawsze ma formę bezpośrednią i oczywistą. Często pojawia się poprzez sny, przeczucia, nagłe myśli, poczucie czyjejś obecności, znaki albo bardzo subtelne odczucia. Zwykle łatwiej odbierają je osoby bardziej wrażliwe i otwarte na tego rodzaju doświadczenia. Każda sytuacja jest indywidualna. Niektóre dusze odchodzą szybciej i nie pozostają długo blisko naszej rzeczywistości. Inne mogą być przez pewien czas silniej związane z bliskimi, emocjami, miejscami albo sprawami, których nie zdążyły zamknąć.
Bywa też, że to nasze ziemskie emocje, żal, lęk czy bardzo silne przywiązanie utrudniają spokojne odejście albo sprawiają, że kontakt jest trudniejszy do rozpoznania. Nie ma tu jednej reguły, która działałaby tak samo w każdym przypadku. Więź między ludźmi nie kończy się wraz ze śmiercią fizycznego ciała. Zmienia się jedynie jej forma. Jedni odczuwają ją bardzo wyraźnie, inni subtelniej, a jeszcze inni dopiero po czasie dostrzegają, że pewne znaki czy doświadczenia mogły mieć głębsze znaczenie.
czytaj dalej 
Naszą uwagę zwróciła relacja Czytelnika, który opisał niezwykłe zdarzenie z Islandii. Do obserwacji miało dojść prawie dwa lata temu, podczas nocnego przejazdu z lotniska w Keflavíku w stronę Reykjavíku.
Jak napisał:
„To była już jesień ok. 19 o tej porze jest już wtedy całkowicie ciemno. Gdzieś w połowie drogi na kompletnym pustkowiu gdzie w nocy widać tylko wyraźnie kontury góry które nie są aż tak daleko zauważyliśmy coś.”
Potężnych rozmiarów obiekt znajdował się po prawej stronie samochodu i przez chwilę poruszał się niemal równolegle do auta. „To coś było kilkanaście metrów nad nami i od nas po prawej stronie - jakby na równi jechało przez chwilę z nami. To coś miało kształt dziwnego talerza mniejszym okręgiem na górze. Świeciły się tam jakieś małe światełka.”
Po chwili sytuacja stała się jeszcze bardziej niezwykła.
„Po chwili zaczęło świecić żywym jasno-zielonym kolorem tak,że oświetliło kawałek drogi i całe nasze auto błyszczało w tym kolorze.”
Autor relacji przyznaje, że w tym momencie pojawił się u niego wyraźny niepokój „Zerknąłem w prawą stronę - mając już delikatną obawę,taki swoisty niepokój w duchu czy na pewno chce to zrobić.”
Chwilę później obiekt miał gwałtownie przyspieszyć.
„W tym momencie zobaczyłem jak obiekt z niesamowitą prędkością przyspiesza w kierunku północno wschodnim - podobnie jak my w stronę Reykjaviku i zobaczyłem tylko małą świecącą się kropkę nad górami dobre kilkadziesiąt kilometrów przed nami i po chwili to światło wyparowało, zgasło.”
Obiektu później już nie widziano. Co ważne, całe zdarzenie obserwowało kilka osób znajdujących się w samochodzie. „Wszyscy którzy byli w aucie czuli dziwny niepokój i do tej pory nie potrafimy zapomnieć o tej sytuacji.”
Autor podkreśla również, że mimo upływu czasu wspomnienie pozostało wyjątkowo wyraźne.
„Ja przynajmniej widzę ją bardzo wyraźnie i pomimo,że wielu rzeczy zapominam nawet po krótkim czasie to tej sytuacji prawie po 2 latach nie zapomniałem i widzę ją wyraźnie tak jakby to było wczoraj.”
Czytelnik przyznał, że długo zastanawiał się, czy w ogóle opisać swoje doświadczenie. Podkreślił, że nie chce zostać odebrany jako ktoś o bujnej wyobraźni.

Komentarz FN:
Nie sądzimy, aby tę relację należało tłumaczyć jako „bujną wyobraźnię”, tym bardziej że zdarzenie obserwowało kilka osób. Zapisujemy ją w naszym archiwum. Szczególnie interesujący jest opis zachowania obiektu, jego kształtu, zielone światło oraz gwałtowne przyspieszenie. To właśnie te elementy sprawiają, że uznajemy tę obserwację za wartą uwagi.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Szanowny Panie Robercie,
Piszę do Pana, ponieważ od lat śledzę Pana działalność i zawsze z dużą uwagą wsłuchuję się w Pana spostrzeżenia dotyczące tajemnic ludzkiej świadomości. Chciałbym podzielić się z Panem pewnym wspomnieniem, które wraca do mnie od ponad 50 lat.
Jako kilkuletnie dziecko, stojąc przy oknie w przedszkolu, patrzyłem na szary, jesienno-zimowy poranek i pierwsze płatki śniegu. W tamtym momencie, zamiast dziecięcej beztroski, poczułem niezwykłą, głęboką refleksję, niemalże dorosły egzystencjalny wgląd. Czułem to bardzo wyraźnie jako: „proszę, i znowu tu jestem”. To uczucie „powrotu” i nagłego przebudzenia świadomości w ciele dziecka do dziś wydaje mi się czymś fascynującym i w pewnym sensie niepokojącym. Czy według Pana takie „przebłyski” w dzieciństwie mogą być czymś więcej niż tylko przypadkowym stanem umysłu?
Będę wdzięczny za każdą refleksję z Pana strony.
Komentarz FN:
Dziękujemy za tę relację. To bardzo poruszające wspomnienie.
U małych dzieci dość często pojawiają się krótkie, ale bardzo wyraźne odczucia, które mogą mieć związek z pamięcią poprzednich wcieleń. Nie zawsze są to konkretne obrazy czy wydarzenia. Czasem jest to po prostu silne poczucie: „już tu byłem”, „wróciłem”, „znam to”. Takie chwile mogą trwać bardzo krótko, a mimo to pozostać w pamięci na całe życie. Dziecięca świadomość nie jest jeszcze tak mocno ukształtowana przez schematy i przekonania dorosłych. Dzieci mają też często silniejszy kontakt ze światem duchowym. Prawdopodobnie dlatego pewne wspomnienia i odczucia pojawiają się u nich łatwiej i bardziej bezpośrednio. Więc tak, jak najbardziej takie „przebłyski” w dzieciństwie mogą być i zwykle są czymś więcej.
Jest to temat bardzo ciekawy i wart głębszego poznania. Zachęcamy również do przeczytania historii Anny: https://nautilus.org.pl/xxi-pietro,1337,20-lutego-2026--schody-do-nieba---moje-dzieciece-przeblyski-.html

czytaj dalej 
Nasza czytelniczka podzieliła się z nami osobistymi przemyśleniami, które skłoniły ją do spojrzenia na codzienne życie z bardziej duchowej perspektywy. Zwyczajne obserwacje mogą prowadzić do głębszych pytań o nasze potrzeby, wybory i miejsce w świecie. Zachęcamy do przeczytania jej refleksji.
Z poczty FN:
"Gdy byłam mała a potem jako nastolatka wyjeżdżałam co jakiś czas do babci na wieś - na wakacje na dwa miesiące non stop czy na weekend. Była to taka prawdziwa wieś z krowami, kurami, sadem i polem, dzikie i wolno chodzące a człowiek ingerował tylko tyle na ile musiał by zwierzęta były bezpieczne a ludzie mieli z czego żyć. Ludzie akurat na tej wsi nie dążyli zbytnio do eliminowania tych dzikich rzeczy jak zrobiono to w miastach, gdzie dążono do wyrzucania wszystkiego co dzikie, gdzie chodniki się bieliło, by tam nie było tej dzikiej natury. Gdy babcia zmarła 20 lat temu przez kilkanaście lat nie jeździłam tam. Mieszkając w mieście zauważyłam, że brakuje mi nie tylko tych zwierząt ale i czegoś o czym rzadko się pisze - że na wsi zawsze coś się dzieje. Urwie się gałąź, zginie kura, przekwitną kwiaty, znajdzie się kamień na który wcześniej się nie zwróciło uwagi. Na wsi kolejny dzień nie będzie taki jak wczoraj. Od ponad miesiąca jestem tutaj znowu na wsi i gdy rano wstaję to się okazuje, że pojawiają się nowe rzeczy - kotka przyprowadziła małe kotki czego nikt się nie spodziewał tj. pokazała nam swoje dzieci; przyszedł nawet tata kot. Urwała się gałąź, w nocy była sowa a na polu wielkie łapy więc myśleliśmy, że to wilki.
Dzisiaj jak spadł deszcz to dla mnie to było wydarzenie i wybiegłam na dwór. Zdałam sobie sprawę z tego, że w mieście jak pada deszcz to człowiek siedzi w pracy, nie ma z tym styczności. Świętem jest burza z piorunami w Warszawie gdzie mieszkam. Ludzie z bloków burze nagrywają a na YouTube są popularne nagrania kataklizmów. To samo ze śniegiem czy jak wyschnie rzeka wtedy jest sensacja i ludzie odżywają. Takie zdarzenia pogodowe mają rangę sensacji w mieście. Myślę, że to nie jest normalne, ale tak działa właśnie telewizja i te dziwne programy o wymyślaniu przełomowych zjawisk.
Dzikie zwierzęta w lesie tego nie robią bo na co dzień to mają. Obserwują takie zmiany dookoła siebie - tydzień temu nie było liści, nad rzeką są tropy które mogą obwąchać i zastanowić się co dalej. I tak dalej. Przyszło mi na myśl, że ludzie mają ten sam instynkt, oni czują to samo przez ściany co zwierzęta. Mają wpisane to spotykanie się z tymi nowymi rzeczami i wchodzenie z nimi w relację. Do czego dążę - do zagadnienia z początku tego wpisu. Z tego właśnie może wynikać to, że ludzie kupują te wszystkie rzeczy i szukają kataklizmów tylko robią to nieświadomie. Im brakuje tego w mieście i blokach. Kupują jakąś rzecz a potem ją odkładają bo chodzi o nowość i różnorodność. Stworzenie iluzji że coś się zmienia, pojawia i odchodzi. Te rzeczy kupowane być może kojarzą się ludziom z tym co utracili mieszkając w blokach. Może gdzieś genetycznie jest nam wpisane że my musimy mieć zmiany obok siebie i naturę czyli ten las. Zmieniającą się naturę zastąpiły przedmioty. Ludzie sztucznie chcą tworzyć sobie te cosie którymi mogą się zająć. Drugą rzeczą jest chętne oglądanie modnych ostatnio właśnie wiadomości o kontrowersyjnych wydarzeniach czy programów o kataklizmach. Być może to się kojarzy z czymś naturalnym co zmieni coś w otoczeniu i stworzy wrażenie ruchu czyli życia. No bo ludzie zamknięci w blokach oprócz domowników nie mają relacji z szerszym otoczeniem. Wyjście do sklepu i znalezienie nowego smartfona kojarzy się ze znalezieniem czegoś. Zauważyłam to u siebie i być może (z naciskiem może, nie na pewno) jest to kupowanie w nadmiernych ilościach.
Gdyby to przełożyć na wieś to na wsi ludzie właśnie mają to wszystko. Ich nie dziwi burza ani deszcz ani że złamała się gałąź. Przerażają ich katastrofy a nie odwrotnie - nie szukają ich by były. Dla kogoś z miasta burza czy tornado to ruch czyli życie. Wydaje mi się, że ta sprawa z bogaceniem się to jest właśnie taki naturalny odruch odtwarzania sobie, wokół siebie tej natury tymi wszystkimi przedmiotami i relacjami z rzeczywistością. Czyli jakby to kupowanie i dążenie do bogactwa nie musi wynikać z jakiegoś wirusa psychologicznego że się zrobiło coś niedobrego i ludzie są wredni więc ich trzeba zmienić. No bo tego się nie da zmienić tej potrzeby wchodzenia w relacje z otoczeniem znajdowania czegoś nowego. Przy czym jeszcze trzeba zauważyć, że ludzie w miastach pracują na etatach co dodatkowo potęguje ten stan. Mogą czuć pustkę spowodowaną tym, że pracują nie u siebie. Nie mają poczucia kontroli nad tym co wytwarzają, za pracę otrzymują pieniądze. W naturze każda aktywność przynosi inne rzeczy niż pieniądze. Taka praca jeśli człowiek nie jest idealnie dopasowany do firmy gdzieś znika za biurkiem prezesa który kieruje tymi rzeczami i co się dzieje dalej nikt nie wie. Więc jest się odizolowanym od tego co się samemu wytwarza. Może i tego rodzaju praca po prostu przyczynia się do dążenia do bogactwa bo ludzie "odpalają sobie" mówiąc obrazowo coraz większe obroty, bo czekają na efekty swojej pracy. Po kilku latach mówi się że taka osoba jest "wypalona" zawodowo więc może coś w tym jest. No bo ile razy można się starać a po miesiącu człowiek dostaje pieniądze. Ludzie na wsi nie szukają sensacji. Oni się interesują prowadzeniem swoich gospodarstw, najczęściej ich upiększaniem czy remontami a tylko niektórzy dążą do powiększania dochodów bo jest kredyt albo się powiększy rodzina.
Trzeba dodać, że jeszcze jakiś czas temu miasta funkcjonowały inaczej. Mieszkała w nich inteligencja i siedzenie w mieszkaniach w izolacji było celowe. Potem inteligencja była niszczona, a do mieszkań budowanych na wzór takich miejskich domów wprowadzali się przypadkowi ludzie którzy nie mają celu i wiedzy po co mieszkać i co robić w mieście. Myślę, że skorelowała mi się odpowiedź do tego co pan mówił więc nie mogłabym nie napisać. Myślę, że chęć bogacenia się o którym pan wspomina to nic innego jak rośnięcie a to jest też niestety naturalne. Zatem ani kupowania ani tego dążenia do posiadania rzeczy w ogóle nie da się zatrzymać tylko że ludzie to robią w niewłaściwy sposób a co gorsza nie zdają sobie sprawy z własnego położenia".

Odpowiedź FN:
Dziękujemy za tak obszerną i ciekawą refleksję. To bardzo interesujące spojrzenie na temat kupowania, konsumpcji i dążenia do bogactwa, szczególnie w kontekście zestawienia życia w mieście z codziennym kontaktem z naturą na wsi.
Zwróciła Pani uwagę na coś, o czym rzeczywiście rzadko się mówi. Współczesny człowiek potrzebuje nie tylko rzeczy, ale również poczucia, że wokół niego coś się dzieje. Ciekawe jest również Pani spostrzeżenie, że przedmioty mogą w pewnym sensie zastępować kontakt z otoczeniem. Nowa rzecz daje poczucie odkrycia, zmiany i chwilowego ożywienia. Być może dlatego tak łatwo wpadamy w mechanizm kupowania kolejnych przedmiotów, nawet jeśli te, które już mamy, wciąż mogą nam służyć. Nie zawsze chodzi przecież o sam przedmiot - czasem ważniejsze jest samo doświadczenie nowości.
Na ten problem można spojrzeć również od strony duchowej. Kiedy człowiek traci kontakt ze sobą, z naturą i z tym, co dzieje się wokół niego, zaczyna szukać czegoś, co wypełni obecną w nim pustkę. Wtedy różne zewnętrzne doświadczenia mogą dawać chwilowe poczucie, że niczego nam nie brakuje. Może to być kupowanie, gromadzenie pieniędzy, praca, dążenie do sukcesu, szukanie nowych doświadczeń, a nawet ciągłe śledzenie tego, co dzieje się na świecie.
W pewnym sensie może to być również ucieczka od duchowości. Duchowość wymaga bowiem zatrzymania się i spojrzenia do wewnątrz. Tymczasem współczesny świat zachęca nas do czegoś zupełnie odwrotnego – do ciągłego działania, osiągania, kupowania i porównywania się z innymi. Łatwiej jest zająć się tym, co dzieje się na zewnątrz, niż zatrzymać się i zapytać, czego naprawdę potrzebujemy i skąd bierze się nasze poczucie braku. Być może właśnie dlatego tak łatwo uciekamy od duchowości w stronę materialnego świata. Rzeczy można zobaczyć, kupić i posiadać. Duchowość wymaga natomiast cierpliwości i spotkania z samym sobą. Nie daje natychmiastowej nagrody, którą można postawić na półce czy zobaczyć na koncie.
czytaj dalej 
Na naszą pocztę regularnie trafiają relacje osób, które obserwowały na niebie coś, czego nie potrafią wyjaśnić. Część z tych historii dotyczy obiektów wiszących nieruchomo w powietrzu, inne - szybkich przelotów, które trwają zaledwie sekundy. Dziś publikujemy jedną z nich. Jej autor opisał wydarzenie z 2002 roku, które do dziś pamięta w najdrobniejszych szczegółach.
Z poczty FN:
Chciałbym przytoczyć pewną historyjkę, która mi się kiedyś przytrafiła. Czy jest interesująca? Nie wiem. Ale ja się wtedy naprawdę bałem.
"Był wrzesień 2002 roku. Wyjechałem z dwoma kolegami do Holandii do pracy. Miałem wtedy 28 lat i nie miałem wtedy jeszcze samochodu, więc jechaliśmy tam busem. Pojechaliśmy tam w ciemno i na miejscu dopiero szukaliśmy zakwaterowania. Ostatecznie jedną noc spędziliśmy pod gołym niebem i w końcu udało nam się załatwić zakwaterowanie w wozie kempingowym u jednego gospodarza. Pracę znaleźliśmy po dwóch dniach, więc nie było tak źle. Niestety do pracy mieliśmy 5 km, więc kupiliśmy sobie rowery za 5 €, co było sporym zaskoczeniem. Po prostu poszliśmy do ludzi i pytaliśmy czy nie mają jakiegoś starego roweru na sprzedaż. Mało tego, te rowery naprawdę jeździły i były w pełni sprawne. To był tam nasz jedyny transport do pracy, na zakupy i… do budki telefonicznej. Nie miałem wtedy holenderskiej karty SIM, bo jeszcze nie było mnie na to stać, ale można było kupić specjalną kartę, za którą za grosze można było dzwonić do Polski. Miałem wtedy dziewczynę (moja obecna żona), która została w Polsce i żeby z nią porozmawiać, to musiałem wsiąść na rower i jechać ok 7 km do budki telefonicznej. I raz też po pracy, pojechałem do niej zadzwonić. Rozmowa przeciągnęła się na tyle, że kiedy wracałem do legowiska, to było już ciemno. Jednak księżyc oświetlał drogę, bo niebo było czyściutkie i nie było żadnej chmurki. Uwielbiam patrzeć na gwiazdy. Jako dziecko często leżałem na ziemi i patrzyłem w gwiazdy, czekałem na spadające gwiazdy, czy jakieś przelatujące sputniki. Tym razem mogłem jechać rowerem i podziwiać ten piękny widok. Nagle, w pewnej chwili jakiś punkt świetlny na niebie przeleciał z mojej prawej strony na lewą po czym zniknął za horyzontem. Trwało to może 1-2 sekundy. To coś przeleciało przez całe niebo w tak niesamowitym tempie, że pierwsza rzecz jaka mi przyszła do głowy, to UFO. Nie była to żadna asteroida, bo już się ich naoglądałem i to na pewno nie było to. Nie był to też żaden sputnik, no chyba, że kosmici go holowali. Jednak w tamtym momencie, bardzo się przestraszyłem, bo pierwszy raz w życiu i jak na razie jedyny, widziałem coś takiego. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że mogą mnie porwać. Na szczęście, czy może na nie szczęście, ale tego się już nie dowiem, nic takiego się nie wydarzyło. Tak przyspieszyłem, że nie pamiętam kiedy znalazłem się w kempingu. Rano okazało się, że roweru nie schowałem, ale leżał, tam gdzie go porzuciłem".

Komentarz FN:
Dziękujemy za tę relację. Oczywiście, że jest interesująca! To, co ją wyróżnia, to nie tylko sam przelot, ale też reakcja świadka. Punkt świetlny przeciął niebo w 1-2 sekundy, a strach był na tyle silny, że autor wrócił do kempingu, nie pamiętając nawet drogi. Rano rower leżał tam, gdzie go porzucił. Mamy tutaj do czynienia z prostą, konkretną opowieścią bez upiększeń -właśnie takie relacje najczęściej brzmią najbardziej autentycznie.
Nie wiemy, czym dokładnie był obiekt, który zobaczył autor. Wiemy natomiast, że dla niego było to wydarzenie wyjątkowe i na tyle mocne, że po ponad 20 latach nadal pamięta je bardzo dokładnie. I właśnie dlatego takie historie warto publikować. W Fundacji Nautilus od lat zbieramy relacje ludzi, którzy zobaczyli na niebie coś niezwykłego. Nie każdą z tych obserwacji da się dzisiaj wyjaśnić, a niektóre pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. W tym przypadku sam opis rzeczywiście mocno sugeruje obserwację UFO - nie tylko ze względu na niezwykłą prędkość obiektu, ale przede wszystkim dlatego, że świadek nie potrafił dopasować tego, co zobaczył, do żadnego znanego mu zjawiska.
czytaj dalej 
Na poczcie FN regularnie pojawiają się prośby o przesłanie filmu z kulą nad piramidą. To efekt wywiadu na kanale "Polska Mówi" sprzed kilku lat.
From: [...]
Sent: Sunday, March 22, 2026 8:32 AM
To: FN
Subject:
Dzień dobry, w jednym z filmów na YouTube zaoferował pan przesłanie filmiku z piramidę i kulą.
Poproszę o niego, jesli to możliwe.
Pozdrawiam
[dane do wiad. FN]
link do filmu poniżej:


WIADOMOŚĆ Z OKRĘTU WWW.NAUTILUS.ORG.PL:
Szanowni Państwo,
zwracam się z uprzejmą prośbą o pomoc w odnalezieniu archiwalnego materiału wideo, który został zarejestrowany przez Fundację Nautilus około 2004 roku.
Chodzi o wywiad ze [...] , który opowiadał o zdarzeniu związanym z pościgiem przez niezidentyfikowany obiekt latający mającym miejsce w rejonie Poznania.
Od dłuższego czasu próbuję odnaleźć to nagranie w internecie, jednak bez skutku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że materiał pochodzi z archiwum Fundacji i nie był szeroko publikowany lub nie jest już dostępny online.
W związku z tym chciałbym zapytać:
- czy takie nagranie rzeczywiście znajduje się w Państwa archiwum,
- czy istnieje możliwość jego udostępnienia (w całości lub fragmencie),
- ewentualnie czy mogą Państwo wskazać, gdzie można je odnaleźć.
Będę bardzo wdzięczny za każdą informację w tej sprawie.
Z wyrazami szacunku,
[...]
ODPOWIEDŹ FN:
Bohater tego materiału kilka lat temu zadzwonił i poprosił o usunięcie tego materiału. Zmienił pracę i obawiał się reakcji ludzi z nowej pracy, jeśli znaleźliby ten materiał. Wielka szkoda.
Pzdr
FN
czytaj dalej 
'Mam pytanie dotyczące świadków obserwacji UFO. Czy zauważyliście, że ludzie cały czas boją się o tym mówić, co widzieli? Jak sądzicie, z czego to wynika?'

Spotkanie z czymś niewyjaśnionym – niezidentyfikowanym obiektem na niebie, dziwną energią, postacią, której nie da się racjonalnie wyjaśnić – dla wielu osób jest momentem granicznym. Co ciekawe, świadkowie takich zdarzeń często podkreślają jedno: sama chwila zetknięcia się z nieznanym wcale nie jest najtrudniejsza.
To, co naprawdę okazuje się wyzwaniem, zaczyna się później.
Po wszystkim przychodzi moment refleksji. Człowiek próbuje nazwać to, co zobaczył. I nagle okazuje się, że brakuje słów. To doświadczenie nie pasuje do znanych kategorii. Nie jest snem, nie jest halucynacją – ale też nie daje się wpisać w ramy codziennej rzeczywistości. Nawet najbardziej szczere relacje bywają chaotyczne, nieprecyzyjne. Nie dlatego, że świadkowie coś ukrywają – ale dlatego, że sami nie wiedzą, jak to przekazać.
Pojawia się wtedy pytanie:
czy to w ogóle da się opowiedzieć tak, żeby ktoś zrozumiał?
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem. Nie chodzi już o samo zjawisko, ale o ludzi. O ich reakcje. O ocenę. O to, co powiedzą znajomi, współpracownicy, rodzina. Wielu świadków boi się jednego: ośmieszenia. W świecie, który bardzo ceni racjonalność i „twarde fakty”, wszystko, co wykracza poza normę, bardzo łatwo zostaje zredukowane do:
błędu percepcji,
złudzenia,
albo – co najgorsze – fantazji.
Dlatego wiele osób w pewnym momencie zatrzymuje się i zadaje sobie pytanie:
czy naprawdę warto o tym mówić?
Problem pogłębia jeszcze jedno zjawisko, które w ostatnich latach przybrało na sile – styl narracji części twórców internetowych, a mówiąc dokładnie głupota ludzi interesujących się zjawiskami niewyjasnionymi. Wielu youtuberów zajmujących się tematyką UFO i zjawisk niewyjaśnionych przyjęło strategię… szyderstwa. Zamiast próbować zrozumieć relacje świadków, wolą je wyśmiewać, ironizować, sprowadzać do absurdu. W ich przekonaniu to oznaka „trzeźwego myślenia” i intelektualnej wyższości. W praktyce jednak robią coś bardzo konkretnego: przez nich ludzie wolą milczeć.
Bo jeśli ktoś widzi, jak inni są publicznie ośmieszani, nie chce być kolejnym bohaterem takiego materiału. Wybiera milczenie.
Ten strach nie jest przypadkowy. Człowiek od zawsze potrzebował przynależności do grupy. Przez tysiące lat wykluczenie oznaczało realne zagrożenie dla życia. Dziś żyjemy inaczej – ale te mechanizmy nadal działają. Dlatego obawa przed utratą reputacji, byciem uznanym za „dziwaka”, odrzuceniem przez środowisko jest często silniejsza niż potrzeba powiedzenia prawdy.
Do tego dochodzi jeszcze jeden, bardzo subtelny problem – konflikt wewnętrzny. Doświadczenie mówi jedno. Światopogląd – drugie. Umysł próbuje znaleźć racjonalne wyjaśnienie, jednocześnie nie chcąc zaprzeczyć temu, co zostało przeżyte. Ten dysonans poznawczy potrafi być niezwykle trudny. Często kończy się w ten sam sposób:
wycofaniem się i milczeniem.
Nawet jeśli ktoś zdecyduje się opowiedzieć swoją historię, reakcja otoczenia bywa chłodna. Zamiast ciekawości – sceptycyzm. Zamiast empatii – dystans. W efekcie wiele osób dochodzi do wniosku, że lepiej zachować to dla siebie. Że łatwiej jest żyć z tajemnicą niż z niezrozumieniem.
Warto zauważyć, że reakcje społeczne różnią się w zależności od kraju. W Stanach Zjednoczonych temat UFO jest obecny w kulturze masowej – w filmach, mediach, raportach rządowych. To sprawia, że część świadków czuje się pewniej, mówiąc o swoich doświadczeniach. W Polsce sytuacja wygląda inaczej. Tu relacje o UFO częściej spotykają się z niedowierzaniem, drwiną, a czasem wręcz napiętnowaniem. Dodatkowo silne ramy kulturowe i religijne powodują, że wszystko, co „niepasujące”, bywa traktowane jako zagrożenie dla ustalonego porządku.
Jeszcze trudniejsza sytuacja dotyczy osób pracujących w strukturach państwowych czy wojskowych. W wielu przypadkach świadkowie przez lata milczeli, związani tajemnicą służbową i obawą o konsekwencje zawodowe. Dobrym przykładem jest Charles I. Halt, który dopiero po odejściu ze służby zaczął publicznie mówić o wydarzeniach z Incydent w Rendlesham Forest.
Przez lata temat był bagatelizowany, mimo że dotyczył wojskowej bazy i wielu świadków.
Jednym z najbardziej znanych przypadków jest historia Travis Walton. W 1975 roku, podczas powrotu z pracy w lesie, on i jego współpracownicy zobaczyli intensywne światło unoszące się nad drzewami. Walton podszedł bliżej – i został porażony potężnym błyskiem. Zniknął na pięć dni.
Gdy wrócił, był zdezorientowany i wstrząśnięty. Twierdził, że znalazł się na pokładzie obiektu i miał kontakt z istotami, których nie potrafił opisać. Jego historia stała się podstawą książki The Walton Experience i filmu Fire in the Sky. Mimo licznych świadków, sprawa do dziś budzi kontrowersje. I pokazuje jedno: nawet najbardziej spektakularne przypadki nie chronią przed sceptycyzmem i drwiną.
A jednak coś się zmienia. Coraz więcej osób decyduje się mówić. Nie dlatego, że chcą sensacji – ale dlatego, że czują, iż milczenie nie ma już sensu. Widzą w swoich doświadczeniach coś realnego. Coś, co wymaga nazwania i zrozumienia. I są gotowi zapłacić za to cenę:
krytyki, hejtu, a czasem nawet wykluczenia.

czytaj dalej 
Nasz czytelnik zauważył coś dziwnego na filmie w serwisie YouTube. To zapis meczu Polska - Bosna i Hercegovina w ramach eliminacji EURO. W pewnym momencie pojawia się mały obiekt, który zawisa w powietrzu, po czym leci po lekkim skosie w dół. Wygląda tak:
fragment wiadomości od naszego czytelnika:
[...] przewińcie do 2:11:56 (lub w minutach meczu 90:24). Polecam na zwolnionym tempie. [...]
https://www.youtube.com/watch?v=0Dco0Q6odTU - przewińcie do 2:11:56 (lub w minutach meczu 90:24). Polecam na zwolnionym tempie.
Zgraliśmy ten film (fragment), obejrzeliśmy uważnie. I wie Pan, co? To jest ważka, która na chwilę podleciała w pobliże obiektywu. Ona ma taką "przedziałową" budowę. Jest taki moment, kiedy wyraźnie widać skrzydełka.


I jeszcze kilka screenów z filmu.




czytaj dalej 
Z POCZTY DO FN: [KONTAKT] Nie wiem czy w ogole przeczytacie co piszę. Jestem emerytką i 11 msc temu straciłam ukochanego psa. Tęsknię okrutnie, cierpię tym bardziej gdy słyszę ze nigdy go nie spotkam bo one nia mają zycia po smierci. Jak wygląda moje zycie bez niego? tragedia, bez kolorow i radości z kamieniem na sercu. Mimo tego adoptowalam ze schroniskowej mordowni w Sobolewie kolejnego ale na tęsknotę nie pomogło. Bez mojego psiego przyjaciela nie mam celu. Mam dzieci, wnuki ale to jest wyjątkowa miłosc do tamtego pieska. Ja juz nie żyję, ja trwam bo nie mam wyjscia. Może napisze ktoś do mnie i zapewni, ze nasze psy żyją nadal ale nie zeby pocieszyć, tego nie szukam. A moze ktoś będzie wiedział gdzie jest mój Atoś? [...]

Szanowna Pani,
Niech nas Pani nie załamuje... kto powiedział Pani, że pieski nie mają duszy jak ludzie?! Te bzdury powtarzane w przestrzeni publicznej powinny być karane długoletnim obowiązkiem pracy charytatywnej w schroniskach dla zwierząt. Oczywiście żartujemy, ale sprawa jest poważna.
Zwierzątka nie tylko mają dusze, ale także po śmierci fizycznej odwiedzają swoich właścicieli. Mamy na to setki (!) dowodów. Pani e-mail nas poruszył, bo sami straciliśmy wielu naszych czworonożnych przyjaciół i zawsze bardzo było nam ich brak i też mieliśmy łzy w oczachj, ale.... tu ważna informacja dla Pani:
Prosimy już nie rozpaczać za pieskiem, bo on tę rozpacz wyczuwa i może go to przytrzymać tutaj, a on musi ruszyć w dalszą drogę. Kiedyś na pewno się spotkacie, skoro była to silna więź emocjonalna. A więc - dość żałoby po Atosiu, czas na pogodzenie się z tym, że jesteśmy tu tylko na chwilę, przechodzimy świetlistą bramę i ruszamy dalej. I my, i oni - nasi młodsi bracia na drodze do światła. Proszę to zapamiętać!
Swoją drogą - proszę dbać o swoje zdrowie i postarać się żyć jak najdłużej, a być może spotka Pani swojego Atosia... ich dusze wracają szybko, szybciej niż nasze. I niekoniecznie musi to być piesek, ale to zupełnie inna historia. Będzie Pani wiedziała, że to Atoś. Na 100 procent.
proszę potraktować te słowa powyższe jako "polecenie służbowe" z pokładu okrętu Nautilus! ;-)

I jeszcze jedno pytanie do FN:
WIADOMOŚĆ Z OKRĘTU WWW.NAUTILUS.ORG.PL:
Od: [...]
Witajcie,mam pytanie kiedy podacie do wiadomości rozwiązanie tajemnicy znaków na ciele,bo Robert mówił w ostatnim wywiadzie z Jackowskim i tą panią od ezoteryki że sprawa znaków jest rozwiązana.No domyślam się że może być to podane w następnej książce Roberta Bernatowicza.Czekam na odpowiedż i z góry dziękuję za uwagę.
[dane do wiad. FN]

To poważna decyzja z ujawnieniem informacji, gdyż temat jest bardzo poważny. Tak, uważamy, że historia znaków na ludzkim ciele została przez nas wyjaśniona, ale musimy uzyskać jeszcze potwierdzenie, czy nasza hipoteza jest słuszna.
Pzdr
FN
Wejście na pokład
Wiadomość z okrętu Nautilus
Dziennik Pokładowy
FILM FN
Czasami wystarczy trochę częściej spoglądać w niebo
Archiwalne audycje FN
Najnowsze w serwisie