Pamiętam, że jako dziecko lubiłam patrzeć w niebo. Nie miałam zbyt wielu bliskich przyjaciół - większość czasu spędzałam sama, głównie na działce z dziadkami. Uwielbiałam chodzić pośród wysokiego zboża. Często patrzyłam w górę i zastanawiałam się, co właściwie kryje się ponad chmurami. Czy jesteśmy sami? Czy istnieje coś jeszcze?
Z perspektywy czasu wydaje mi się, że takie zainteresowanie mogło przyciągać pewne doświadczenia. Jakby istniała jakaś niewidzialna nić między ludźmi zadającymi podobne pytania a czymś, czego nie potrafimy jeszcze wyjaśnić.
Chciałam opowiedzieć o zdarzeniu, które miało miejsce, gdy miałam około dwunastu lat, na początku lat 2000.
Były wakacje, przedpołudnie. Pewnego dnia tata wrócił do domu i z dziwnym rozbawieniem powiedział, że sąsiad widział w nocy UFO nad naszą działką. Śmiał się nerwowo, trzymając rękę na sercu, jakby sam nie wiedział, czy powinien traktować to poważnie. Było mu trudno sklecić logiczne zdanie.
Pamiętam, że właśnie skończyłam czytać „Bazę UFO” Timothy’ego Gooda - grubą książkę w niebieskiej okładce. Dopiero zaczynałam interesować się zjawiskami niewyjaśnionymi, więc wiadomość o rzekomym obiekcie wywołała we mnie ogromne podekscytowanie. Natychmiast chciałam pojechać na miejsce i sprawdzić, czy rzeczywiście wydarzyło się tam coś niezwykłego.
Po drodze wypytywałam tatę o szczegóły. Opowiedział mi, że sąsiad wracał nocą do domu, gdy zauważył nisko nad nieużytkowaną działką rolną duży obiekt z rzędem zielonych świateł. Obiekt miał wisieć nieruchomo kilka metrów nad ziemią. Sąsiad podobno wpadł w taką panikę, że zaczął budzić ludzi w okolicy - stukał do okien, krzyczał i dzwonił do drzwi.
Chciałam z nim porozmawiać, ale okazało się, że wyjechał, a jego dom był zamknięty. Inni mieszkańcy potwierdzili jednak jego relację i wspomnieli, że na polu został dziwny ślad. Kilka razy upewniałam się u taty, czy to nie żart. Za każdym razem odpowiadał poważnie, że nie.
Będąc już na miejscu, weszłam w wysokie zboże i zaczęłam się rozglądać. Po drugiej stronie ulicy stała grupka ludzi - może dziesięć osób - i obserwowała mnie w milczeniu z chodnika. Nie wiedziałam, czego właściwie się spodziewać. Co chwilę odwracałam się w stronę taty, ale on również się nie śmiał.
Po chwili znalazłam krąg. Miał może około dwóch metrów średnicy, choć dziś trudno mi to dokładnie ocenić. W środku kłosy były położone płasko, a wokół okręgu odchylały się na boki, jakby coś ciężkiego przygniotło je od góry.
Kiedy stanęłam w samym środku, poczułam lekkie mrowienie w nogach i niepokój, ale jednocześnie coś w rodzaju ekscytacji. Miałam wrażenie, że dotykam czegoś niezwykłego. Moja rodzina kompletnie nie interesowała się podobnymi tematami i nie miałaby powodu wymyślać takiej historii. Sama nie potrafiłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Ostatecznie sprawa szybko ucichła. Były to czasy bez smartfonów i łatwego dostępu do informacji. Nie wiedziałam nawet, że można zgłosić podobne zdarzenie do jakiejkolwiek organizacji zajmującej się takimi zjawiskami. Nie miałam więc pojęcia, co zrobić z tym doświadczeniem.
Mimo tego wydarzenie to na długo pozostało w mojej pamięci. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że było początkiem późniejszych, trudnych do wyjaśnienia zdarzeń w moim życiu.
Nie sądzę, by sąsiad kłamał. Wydawał mi się dobrym człowiekiem i nie miałby powodu wymyślać podobnej historii, budzić w środku nocy sąsiadów i narażać się na śmieszność. A krąg w zbożu naprawdę tam był, bo widziałam go na własne oczy.
Anna