„NIGDY TEGO NIE ZAPOMNĘ”. CZYTELNIK OPISAŁ SWOJE SPOTKANIA Z NIEZNANYM
Dzień dobry, Panie Robercie.
Napisałem do Pana, bo już od dłuższego czasu chciałem się z Panem podzielić swoimi zdarzeniami. Bardzo lubię oglądać Pańskie podcasty na różne tematy, a mianowicie o zjawiskach niewyjaśnionych. Dużo Pan mówi o reinkarnacji, UFO i o innych ciekawych rzeczach, o roli duszy po śmierci itd. Powiem Panu, Panie Robercie, tak: jedziemy na tym samym wózku, bo jesteśmy z tego samego rocznika. Pana już znam ładnych parę lat z Radia ZET. Był też Pan, o ile się nie mylę, w Polsacie. Super się Pana słucha, z taką świetną dykcją. Urodził się Pan z talentem dziennikarza. Nie wiem, czy to było Pańskim marzeniem, czy coś innego?
Wracając do tematu, napiszę Panu pewną historię, którą miałem dwa lata temu. Byłem wtedy na cmentarzu u moich rodziców i brata, w biały dzień. Modliłem się za nich itd. I w pewnym momencie, gdy skończyłem się modlić, chciałem zabrać puste wkłady po zniczach i zanieść je do kontenera ze śmieciami.
Zauważyłem, że dwa rzędy grobów za mną wychodzi kobieta do alejki w stronę kontenera ze śmieciami. I spogląda na mnie kilkakrotnie, ale nie widziałem dokładnie jej twarzy, bo miała bluzę z kapturem. Więc zabrałem te puste wkłady i idę do kontenera. Chciałem przyspieszyć i zobaczyć, kto to jest, ale nie mogłem, jak gdyby jakaś siła mnie hamowała. Ona wchodziła z lewej strony kontenera, a ja z prawej, żeby przeciąć jej drogę i zobaczyć z ciekawości jej twarz. Ale jej tam już nie było, jakby po prostu znikła. Ludzie chodzili po cmentarzu, ale jej już nie było. Nie mówiłem o tym zdarzeniu wszystkim moim znajomym, ale tylko tym, co wydaje mi się, że mogę o tym mówić. Co niektórzy ludzie odbierają na pewno mnie i Pana, Panie Robercie, jak psychicznie chorych. Tak jak odbierali Jezusa, gdy dokonywał cudów.

Ja jeszcze miałem zdarzenia z młodości i później.
W 1985 roku zmarła mi mama. I tak dwa tygodnie po pogrzebie byłem sam w domu, bo mój ojciec i moja siostra byli jeszcze w pracy. Ja miałem wtedy, tak jak i Pan, Panie Robercie, 18 lat, bo jesteśmy z tego samego rocznika. I wtedy w moim mieszkaniu zapaliło się samoczynnie światło. Raz zgasiłem i po jakimś czasie znowu się zapaliło. Ale nie wiem, może wtedy byłem bardzo młody i głupi, że nie ogarniałem tych tematów. Położyłem się trochę wcześniej do łóżka, będąc sam jeszcze w domu, i po pewnym czasie, gdy miałem oczy zamknięte, czułem przez chwilę nad sobą powiew wiatru, ale oczu nie mogłem otworzyć. Dopiero jak ten powiew się skończył, mogłem je otworzyć. Tak jakbym był sparaliżowany przez chwilę.
Gdy kiedyś na wsi spałem u mojej cioci, siostry mojej mamy, przebudziłem się w nocy, bo słyszałem szelest na szafie, a tam była walizka. Pomyślałem, że to jakaś mysz, a ja się myszy nie boję. A ja po chwili widzę, że jakieś białe, pełne kółko, takie jak duża hostia, wędruje po ścianie i zbliża się do mnie od strony tej walizki, co była na szafie. I gdy mijało mnie, zamknąłem oczy, a gdy było nade mną, to już nie był powiew wiatru, jak wcześniej pisałem, ale mocny chłód, lodowate powietrze, jakby mi ktoś lodówkę otworzył. Gdy to białe, duże kółko mnie minęło, otworzyłem oczy i cały czas wzrokiem je odprowadzałem. Gdy doszło do okna, rozdrobniło się na małe drobinki i znikło, jakby wyszło z tego domu. Nigdy tego nie zapomnę.
To tak, Panie Robercie, jak w Smerfach Gargamel dokonywał czarów. Piszę o tych drobinkach, które zniknęły. I po jakimś czasie dotarłem do książek, gdzie są opisywane wędrówki dusz z powiewem wiatru, z chłodem, ze specyficznym zapachem zwłok. Też tak kiedyś miałem. Z szeptem do ucha też miałem, jak mój zmarły ojciec przemówił do mnie moim imieniem.