Z poczty FN:
Nawiązując do materiałów jakie ostatnio oglądam z udziałem Pana Roberta, chciałem podzielić się pewną historią. Kilka lat temu w przeciągu 3 lat pochowaliśmy wszystkich naszych rodziców. Minął jakiś czas i starałem się pamięcią do nich nie wracać z powodu tęsknoty i żalu za rodzicami (osobami które mnie wychowywały) oraz rodzicami żony. Wyjechałem samochodem z domu. Bez powodu w głowie czułem moja matkę. Jak głos, nie jedz, zawróć, stań. Zatrzymałem się i sam z siebie się śmiałem. Trwało to chwilkę po czym ruszyłem. Wyjechałem na drogę i kontynuowałem jazdę. Po przejechaniu może 100 m, zauważyłem kontem oka, jak to się mówi, w cieniu słupka A, zwalające się drzewo. Wielka brzoza o pniu może z 40 cm, wysokie z lewej leciało prosto na drogę. Zacząłem hamować i jedynie siłą rozpędu uderzyłem w jego gałęzie. Poleciało sporo. Dziś sądzę, że gdybym nie stanął, nie miał bym szans tego uniknąć a drzewo miałbym bezpośrednio na dachu samochodu. Jechałem suwem na ramie, więc sama karoseria nie jest zbyt mocna. Sądzę, że mógłbym zginąć. Jestem wdzięczny mojej mamie za jej czujność. I czułem, że muszę się z Wami nią podzielić. Mam zdjęcia, są świadkowie.
Z wyrazami szacunku.
PS. Bardzo serdecznie proszę pozdrowić Pana Roberta. Wyjaśnia, stara się wyjaśniać sprawy i tematy, które gdzieś nas nurtują.