Dzień dobry,
Rok 1984, mam 12 lat, mieszkanie w bloku, zima, jest już ciemno, dochodzi do wyłączenia prądu. W mieszkaniu jest tylko mój tata, mama jest w pracy. Zapalamy świeczkę w dużym pokoju. Po jakimś czasie wchodzę do kuchni, w której jest prawie ciemno, oświetla ją jedynie poświata ze świecy w dużym pokoju, i widzę pomiędzy lodówką a szafką 5-6 czerwonych punktów wiszących w powietrzu na wysokości pomiędzy 1,3 a 1,7 m. Nie są wyświetlone na szafce, tylko wiszą w powietrzu. Kiedy zmieniam swoje położenie, widzę, że jest to układ przestrzenny 3 D. Kuchnia jest ślepa, wewnątrz mieszkania, więc nie ma mowy, aby coś świeciło z zewnątrz.
Wychodzę z kuchni i mówię do ojca: - Zobacz, co jest w kuchni.
Ojciec: - Co?
Ja: - Idź, zobacz!
Nie chciałem opisywać tego tacie, bo nie chciałem nic sugerować. Tata wchodzi do kuchni i po chwili wychodzi i mówi: - No i co?
Ja: - No co, nic dziwnego nie widziałeś?
A tata: - Chodzi ci o te czerwone punkciki?
Proszę mi wierzyć, że po tych słowach zjeżył mi się każdy włosek na ciele. Miałem pewność, że TO tam rzeczywiście jest.
Nie wchodziliśmy do kuchni aż do włączenia prądu. Nigdy już takiego zjawiska nie zaobserwowałem, ale od tego momentu zacząłem się interesować zjawiskami niewyjaśnionymi. Wiedziałem, że ten nasz świat jest znacznie bardziej złożony, niż myślimy.
Nie mam cienia wątpliwości, że jesteśmy monitorowani przez obce cywilizacje i to mogą być ich różnego rodzaju sondy pomiarowe.
