[...] Chiałabym się podzielić moim spotkaniem z duchem (dziadka, a przynajmniej tak mi się wydaje). Otóż miałam wtedy jakieś 12 lat i byłam świeżo po śmierci dziadka (jakieś 2,3 miesiące). Babcia nie chciała w domu spać sama, więc ja jako jedyna dziewczyna spośród chłopaków, spałam u niej.
W sypialni jest jedno wielkie łoże, składające się tak jakby z dwóch mniejszych łóżek, od zawsze było tak, że babcia spała po jednej stronie a ja po drugiej. Tak też było tym razem. Często w nocy nie mogłyśmy spać, więc rozwiązywałyśmy krzyżówki. Podczas właśnie jednej z takich bezsennych nocy to się stało. Więc czytałam następne hasło z krzyżówki, po czym podniosłam głowę i spojrzałam na ścianę przede mną (tak zawsze robią gdy zastanawiam się nad odpowiedzią). W drzwiach do sypialni znajduje się duża szklana szyba przez którą widać na korytarz. W momencie kiedy tak się zastanawiałam nagle w szybie w drzwiach zobaczyłam jasny, jakby mleczny zarys postaci człowieka. Momentalnie osłupiałam i spojrzałam na babcię, która też odwróciła się w moją stronę. Zapytałam ją wtedy czy widziała to samo co ja, na co ona skinęła głową. (Tutaj muszę przypomnieć, że dziadek w zwyczaju miał buszowanie w nocy po kuchni i wyjadanie ciasta z lodówki). Po jakichś 5min. odważyłyśmy się z babcią wyjść na korytarz i wejść do kuchni, gdzie wcześniej udała się jasna postać. Kiedy zobaczyłyśmy, że drzwi z lodówki nie są domknięte przestraszyłyśmy się nie na żarty. Odruchowo babcia otworzyła drzwiczki do końca żeby sprawdzić dlaczego nie są zamknięte.
W środku zobaczyłyśmy to co zazwyczaj zostawało po nocnym buszowaniu w kuchni dziadka za życia.
A mianowicie nadgryzione ciasto, które dzień wcześniej kupowałam z babcią w sklepie. To był pierwszy raz, kiedy pomyślałyśmy, że to może być dziadek. Drugi wydarzył się chyba 4 miesiące później, kiedy spałam na tej samej wersalce na której zmarł mój dziadek. Babcia cierpi na bezsenność, więc często chodzi po mieszkaniu. Przed samym zaśnięciem przyszła do mnie jeszcze raz i powiedziała, że mam się nie wystraszyć w nocy jak będzie krążyć po domu. Bez problemu usnęłam, ale przebudziłam się koło 2 w nocy, słyszałam jakieś strzelanie, ale pomyślałam sobie, ze to tylko z kaloryferów.
Ale za chwilę usłyszałam kroki dochodzące z przedpokoju (drzwi były otwarte na oścież), więc zrobiłam to co każdy inny - odwróciłam się, żeby sprawdzić co to. Ku mojemu zdziwieniu, nie zobaczyłam nic. Już myślałam, że to babcia. Po chwili odwróciłam się z powrotem i zamknęłam oczy. Jednak szuranie kroków z przedpokoju przeniosło się do pokoju w którym spałam. Wyraźnie słyszałam odgłosy kroków, więc odwróciłam się jeszcze raz.
Jakież było moje zdziwienie kiedy znowu nic nie zobaczyłam. Wtedy poziom mojego strachu gwałtownie podskoczył. Starannie rozejrzałam się po pokoju i nie zauważyłam nic dziwnego...właśnie oprócz śladów stóp na dywanie. (Tutaj dodam, że dywan posiadał krótkie i cienkie włosie, więc każdy znak pozostawał). Rano pierwsze co zrobiłam to poszłam do pokoju babci i zapytałam ją czy znowu chodziła w nocy po domu. Jednak ona, ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedziała że udało jej się zasnąć. Babcia widząc chyba moje wielkie oczy, zapytała co się stało. Kiedy jej wszystko opowiedziałam, odwdzięczyła mi się także dziwnym zdarzeniem. Otóż w nocy czuła na biodrze czyjeś ręce, które chciały ją przesunąć na drugi koniec łóżka. Nie wiem czy to ma jakiś związek ze zjawiskami paranormalnymi, ale wydało mi się to dziwne.
Jeszcze chciałam tylko dodać, że na pogrzebie dziadka, kiedy podchodziłam do jego trumny z różą (wcześniej cały czas płakałam) i wkładałam ją do środka, po prostu nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. Na prawdę chciałam się kontrolować, ale to tak jakby ktoś kazał mi się uśmiechnąć. Nie wiem, może to po porostu mój wymysł.
P.S. Przepraszam, że tekst jest taki długi, ale chciała wszystko opisać tak jak było, dokładnie.

zwiń tekst
Przychodzi taki moment, kiedy człowiek zastanawia się czy istnieje jakaś forma życia po śmierci, czy nasza świadomość jest w stanie dać znak najbliższym? Często zadajemy sobie to pytanie i z niezwykłą pracowitością zbieramy wszelkie informacje na ten temat. Historia, którą chcemy przedstawić jest bezcenna nie tylko dla nas, ale dla osoby, która poszukuje odpowiedzi. Warto wziąć pod uwagę, że dopiero własne przeżycie takiego doświadczenia jest w stanie przekonać nas o tym jak jest na prawdę. Polecamy przeczytać niezwykłą opowieść.
Witam Państwa
Historia, którą chcę opisać jest jak najbardziej prawdziwa, a dzięki niej, moja wiara w życie po śmierci pozostanie już niewzruszona.
Wszystko zaczyna się od choroby mojego dziadka. Pracując wiele lat w warunkach szkodliwych, dziadek nabawił się pylicy płuc. Po operacji, w trakcie której stracił większość prawego płuca jakiś lekarz powiedział mu, że wszystko jest dobrze i spokojnie dziadek pożyje jeszcze z dziesięć lat.
Jako prosty człowiek przyjął bezkrytycznie tą, dość dwuznaczną diagnozę i tak się nią przejął, że wielokrotnie powtarzał mi którego roku umrze.
"Pamiętaj, że jak umrę, to przyjdę do ciebie. Tylko się mnie nie bój" - dodawał często. Słyszałem to tak wiele razy z jego ust, że zupełnie przestałem zaprzątać sobie tym głowę. Minęło dziesięć lat i przyszedł rok 2000. Dziadek źle się poczuł i trafił do szpitala. Zdiagnozowano zapalenie otrzewnej. Było już tak źle, że do dziadka wezwano księdza, co potraktowaliśmy w rodzinie jako zapowiedź rychłej śmierci. Minęły jednak dwa dni i ku zdziwieniu wszystkich dziadek poczuł się dużo lepiej. Lekarze byli tak dobrej myśli, że następnego dnia mieli go wypisać ze szpitala...
Był późny wieczór. Siedziałem na łóżku w swoim pokoju i słuchałem muzyki.
Zasłonięte żaluzjami okno było lekko uchylone. Od tego okna szpital w linii prostej oddalony był o jakieś dwieście metrów. W pewnym momencie poczułem, tak... poczułem, jak coś bardzo szybko leci od strony szpitala i wpada, a raczej wskakuje przez okno do mojego pokoju. Żaluzje zadrżały, okno otworzyło się na oścież. Zastygłem w bezruchu. Wyłączyłem muzykę i zacząłem w ciszy nasłuchiwać choćby najdrobniejszego szmeru. Słuch był jedynym zmysłem, na którym mogłem polegać, ponieważ rok wcześniej straciłem wzrok.
Nic jednak nie słyszałem ale byłem pewien że ktoś jest w moim pokoju. Czułem to wyraźnie w jakiś dziwny sposób. Siedziałem tak w zupełnym bezruchu kilka minut z silnym wrażeniem czyjejś obecności. W końcu jednak otrząsnąłem się i przerwałem ciszę ponownie włączając muzykę. Minęło jeszcze kilka minut, po których do pokoju wbiegła moja zapłakana siostra. "Dzwonili ze szpitala, że dziadek umarł" - powiedziała...Pamiętam tylko moje absolutne zaskoczenie w tamtej chwili.
Minęło pięć lat gdy w mojej rodzinie wydarzyła się tragedia. Ojciec, tak zawsze zdrowy i pełen życia nagle poważnie zachorował. W wyniku pękniętego tętniaka doznał bardzo poważnego wylewu krwi do mózgu. W stanie nieprzytomnym został przewieziony karetką do Szpitala Wojewódzkiego w Radomiu i umieszczony na oddziale intensywnej opieki medycznej. To był duży, kilkupiętrowy budynek, w którym ojciec nigdy wcześniej nie był. Po kilku dniach przeszedł poważną operację, po której wiele dni leżał w stanie "półprzytomnym". Gdy go odwiedzaliśmy, często majaczył i mówił zupełnie od rzeczy. Wreszcie jego stan poprawił się na tyle, że lekarze postanowili przenieść go z OIOM-u na zwykłą salę oddziału neurologii. Wszyscy bardzo cieszyliśmy się, że ojca przenoszą ale zupełnie oniemieliśmy, kiedy ojciec zmartwionym głosem wyraził obawę, że - "boi się, że teraz dziadek go nie znajdzie". Przyzwyczailiśmy się do tego, że ostatnio zdarzało mu się mówić od rzeczy i jego powyższe słowa potraktowalibyśmy także jako przejaw choroby, gdyby nie jeden istotny szczegół...
Ojciec zaczął opowiadać nam, że dziadek codziennie do niego przychodził i grali razem w karty - "a raz nawet" - powiedział - "poszliśmy razem do kaplicy". Na nasze wyjaśnienia, że dziadek od pięciu lat nie żyje zareagował najpierw wielkim zdziwieniem, a następnie niedowierzaniem i powątpiewaniem.
Uwierzył naprawdę dopiero wówczas, gdy po wyjściu ze szpitala mama zabrała go na cmentarz i pokazała mu grób dziadka. Jak jednak wspomniałem powyżej, pewien istotny szczegół wprawił nas w osłupienie. Otóż ojciec ze szczegółami opisał nam drogę prowadzącą do szpitalnej kaplicy a także jej wygląd. Po sprawdzeniu okazało się, że wszystko zgadza się co do joty i żeby tak dokładnie opisać kaplicę, ojciec musiał w niej po prostu być. Do tej pory zastanawiam się jak jest to możliwe. Ojciec nigdy wcześniej nie był w tym szpitalu, a przykuty do łóżka w stanie półprzytomnym i po ciężkiej operacji nie mógł się ruszyć. Raz nawet, gdy chciał się podnieść, pielęgniarka przypięła go do łóżka pasami. Teraz, po latach ojciec jeszcze czasem wspomina tą historię. Zastanawiający jest też fakt, że z okresu tamtych tragicznych wydarzeń nie pamięta zupełnie nic. Nic poza tą historią z dziadkiem. "Mam go przed oczami tak żywo i wyraźnie, jak by to było wczoraj" - mówi niekiedy.
P.S. Wspomniałem powyżej, że kilka lat temu straciłem wzrok. Chciałbym jeszcze wspomnieć o pewnych dziwnych zdarzeniach, które czasem mnie spotykają. Otóż dość często wychodzę z domu bardzo wcześnie rano, by dojechać na uczelnię do innego miasta. O godzinie 5.30 miasto pogrążone jest jeszcze we śnie, i kiedy idę z białą laską na przystanek, rzadko kiedy spotykam innych ludzi. Czasem zdarza się, że stracę na chwilę orientację i zatrzymuję się lekko zdezorientowany, starając się ustalić kierunki. Także jeśli chcę przejść przez ulicę i nie ma nikogo w pobliżu, zdarza się że nie wiem, kiedy mam zielone światło. Wówczas zdarza się coś dziwnego. Jest cisza, miasto śpi. Zdezorientowany stoję na chodniku nie wiedząc czy mogę iść dalej bezpiecznie. wtedy nagle słyszę za sobą zbliżające się kroki. Kroki mijają mnie, zmierzając zawsze we właściwym dla mnie kierunku, przechodzą też przez ulicę zawsze na zielonym świetle. Idę więc spokojnie za odgłosem tych kroków, a kiedy już odnajduję drogę lub jestem po drugiej stronie ulicy, kroki kilka metrów przede mną nagle znikają. Po prostu pojawiają się nagle kilka metrów za mną a później kilka metrów przede mną znikają. Dodam tylko, że w takiej porannej ciszy miasta słyszę jak ktoś idzie w odległości kilkudziesięciu metrów. A te kroki pojawiają się dopiero kilka metrów za mną i tak samo szybko cichną. Nie wiążę jednak tych zdarzeń z dziadkiem, ponieważ przeważnie są to kroki kobiety w butach na wysokim obcasie.
Pozdrawiam serdecznie Fundację Nautilus
zwiń tekst
Witaj, załogo Nautilusa!
W niniejszym e-mailu, chciałbym opisać wam pewne moje przeżycie, którego do dzisiaj nie mogę w żaden sposób sklasyfikować. Wydaje mi się jednak, że być może okaże się ono na tyle cenne, by zostać umieszczone w waszych archiwach. Pytanie tylko, czy w "szufladzie" dotyczącej odwiedzin dokonanych przez istoty pozaziemskie, czy może istoty paranormalne.
Myślę, że zacznę wpierw od sprawy wiarygodności tego wspomnienia, jest to istotne, ponieważ wspomnienie to pochodzi z moich wczesnych lat dzieciństwa. Dlatego, nawet według mojej osoby, istnieje ryzyko, że wspomnienie to zostało w jakiś sposób "wyolbrzymione", przez psychikę dziecka i "wypaczone" przez czas, który już upłynął od tamtego momentu. Wszak, mam dzisiaj 21 lat, a o ile pamięć mnie nie myli, zdarzenie to miało miejsce, gdy miałem 5 lub 6 lat.
Ale gdy zastanawiam się poważnie nad całą sprawą, to jestem w stanie wysunąć kilka konkretnych argumentów, które przynajmniej w moich oczach sprawiają, że wspomnienie to nabiera dużej autentyczności. Mianowicie:
- to co się stało, musiało wywrzeć na mnie wtedy bardzo duże "wrażenie", ponieważ z tamtych lat nie pamiętam prawie niczego, a to jedno zdarzenie, mam przed moimi oczami do dzisiaj. Jest to swojego rodzaju "kotwica" pamięci, bo gdy staram się sięgnąć pamięcią najdalej jak potrafię, to jednym z niewielu wspomnień, jest właśnie ta niewyjaśniona wizyta,
- to co się stało, nie mogło zostać w żaden sposób zasugerowane, przez moją wyobraźnię, czy podświadomość, bo w wieku 5 lat nie miałem żadnego kontaktu z materiałami czy przekazami ustnymi, dotyczącymi UFO, lub istot paranormalnych. Nie licząc oczywiście opowieści o duchach, które jawiły się w mojej głowie tylko, jako buczące, przykryte białym prześcieradłem postacie.
- wizyta ta, ustaliła w pewien sposób moje zainteresowania w przyszłości, zainspirowała mnie, ponieważ gdy podrosłem, z wielkim zainteresowaniem sięgałem po książki dotyczące UFO, zjawisk nie wyjaśnionych i tym podobne. Zastanawiam się, czy to nie właśnie wydarzenie z mojego dzieciństwa, wyleczyło mnie zupełnie z tego specyficznego sceptycyzmu, z którym większość ludzi dorosłych, podchodzi do tematyki spraw niewyjaśnionych.
Podsumowując, uważam, że to co się stało, było zbyt realne i szokujące, by zostało wysnute tylko przez wyobraźnię pięciolatka, ponieważ wydarzenie to, pchnęło mnie na konkretną ścieżkę życiową. Spowodowało, że zainteresowałem się tymi, a nie innymi rzeczami. I byłem nawet tak pewny prawdziwości mojego wspomnienia, że gdy byłem nastolatkiem, wysłałem list opisujący to wspomnienie (wtedy uważałem, że była to typowa wizyta istot pozaziemskich) do p. Bronisława Rzepeckiego, który był w składzie redakcji ówczesnego magazynu "UFO", który regularnie kupowałem i czytałem. Pan Rzepecki nie zaszczycił mnie co prawda odpowiedzią (i dzisiaj mu się nie dziwię), ale przekazał ten list komuś innemu i wynikła z tego całkiem ciekawa wymiana listów.
Ale przejdźmy do rzeczy. Czas na relację.
Zdarzenie to miało miejsce w sypialni starego mieszkania, w którym już nie mieszkam (miejscowość Kamień Pomorski, woj. zachodnio-pomorskie).
Była to dość duża sypialnia, około 20 m kwadratowych, w pomieszczeniu stało duże dwu-osobowe łóżko, na którym zazwyczaj spałem z rodzicami. Jedna ze ścian, po lewej stronie łóżka, wychodziła na ulicę i miała okna, a te były zasłonięte długą nieprzezroczystą firaną. Po prawej stronie łóżka, znajdował się brązowy kredens, a także drzwi (ze wstawioną szybą), które otwierały się nad przedpokój.
Pewnego dnia, jak zwykle, rodzice ku mojej niechęci, wysłali mnie do łóżka. Chodziłem spać wcześnie, więc była to godzina 20, najpóźniej 21. Udało mi się zasnąć. Była może godzina 23, kiedy nagle coś wyrwało mnie gwałtownie ze snu. Wszystko działo się błyskawicznie. Pierwsza rzecz, którą dostrzegłem, to słabe światło, widoczne zza szyby w drzwiach (to znaczyło, że rodzice jeszcze nie śpią, ponieważ paliło się światło w pokoju dziennym).. Następnie, w tej samej chwili, poczułem, że się duszę, byłem autentycznie przerażony, ponieważ nie moglem zaczerpnąć nawet odrobiny powietrza, ani zawołać matki, co próbowałem rozpaczliwie uczynić (nigdy w życiu nie byłem chory na astmę, czy inny choroby utrudniające oddychanie).
Próbowałem poruszyć jakąś częścią ciała, ale jedyne co mi wychodziło, to ruch gałek ocznych, ale co z tego, skoro nawet obrót głowy był niewykonalny.
W momencie kiedy zorientowałem się w swojej sytuacji, poczułem coś strasznego. W jakiś sposób wyczułem obecność czegoś lub kogoś stojącego po drugiej stronie łóżka, przy oknie (ja spałem od strony kredensu i drzwi).
Świadomość tego, że ten byt, stoi tam i mnie obserwuje, kiedy ja się duszę, spowodowała, że moje przerażenie urosło do granic możliwości. Czułem ogromne zło, które płynęło od tej istoty, mogło się wydawać, że jej złowroga "aura" była tak potężna, że wyparła z pomieszczenia całe powietrze i przydusiła mnie do łóżka. Nie słyszałem żadnego głosu, który rozlegał by się w moim umyśle, czy dochodził do moich uszu. Jedyne co czułem, to totalna panika i groza, która trzymała mnie za gardło.
I nagle, jakby w jednej chwili, wszystko się skończyło, istota ta opuściła sypialnię, a ja momentalnie zasnąłem.
Przerażenie minęło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wydaje mi się, że następnego dnia, nic z tego nie pamiętałem, bo dobrze wiem, że nikomu o tym nie opowiadałem, wtedy i aż do teraz (a dzieci w zwyczaju mają paplać o wszystkich niesamowitych przeżyciach).
Sądzę, że to wspomnienie wracało do mnie stopniowo, w miarę jak dorastałem.
Do dzisiaj, nie jestem w stanie wyjaśnić, co się mogło wtedy stać. Wcześniej wydawało mi się, że być może, był to wstęp do abdukcji, ale nigdy nie przypomniałem sobie żadnych innych fragmentów takiego porwania, nigdy nie miałem dziwnych znamion na ciele, ani kolejnych wizyt, czy kolejnych niewyjaśnionych przeżyć o podobnych charakterze.
Dlatego bliższy jestem innej teorii - była to wizyta istoty paranormalnej. Być może demona? Jest to pierwszy i chyba jedyny scenariusz jaki przychodzi mi do głowy (jest nieco "naiwny") - zła istota, przechadzająca się lub wędrująca do jakiegoś miejsca, nie wiadomo dlaczego zatrzymała się na chwilę akurat w mojej sypialni. Obudziła mnie i stała przez chwilę obok łóżka, wpatrując się we mnie z nienawiścią, napawając się cierpieniem i strachem małego dziecka. Po czym szybko odeszła, kontynuując dalej swoją podróż. Uważam, że najprawdopodobniej był to tylko "przypadek", ponieważ potem w moim życiu nigdy nie doszło do zdarzeń, które sugerowałyby, że jestem w jakiś sposób "naznaczony", przez istoty paranormalne. Do dzisiaj, został mi tylko irracjonalny lęk, przed przebywaniem samemu w miejscach ogarniętych ciemnością. Zawsze w takich sytuacjach, umysł sugeruje mi, że ktoś mnie obserwuje i chcę wtedy natychmiast wydostać się do miejsca, w którym jest źródło światła, bądź przebywa w nim jakiś człowiek. Dziwny i dziecinny lęk, jak na 21 latka, prawda?
To chyba wszystko, co chciałem wam opisać. Jest we mnie cicha nadzieja, że być może dzięki temu e-mailowi, to wspomnienie wyjaśni się chociaż odrobinę. Wolałbym, by w przyszłości, okazało się to tylko złym snem, a nie złą i prawdziwą przygodą. Niepokoiłby mnie fakt, że takie istoty wędrują po świecie i nachodzą ludzi.
Pozdrawiam serdecznie.
xxxxxxx
xxxxxxx, 05.12.2009
PS: Zastanawiam się, czy może "przeżyłem" tą wizytę złej istoty, tylko dlatego, bo gdzieś w pobliżu był jakiś mój anioł stróż i nie dopuścił do tego, by stało mi się coś gorszego....
zwiń tekst