
Dziś jest:
Czwartek, 17 września 2026
Upojenie zmysłów ma się tak do miłości, jak sen do życia.
/Novalis/
Wyślij swoją historię - kliknij, aby rozwinąć formularz
Zachowamy Twoje dane tylko do naszej wiadomości, chyba że wyraźnie napiszesz, że zezwalasz na ich opublikowanie.
Adres email do wysyłania historii do działu "XXI Piętro": xxi@nautilus.org.pl
czytaj dalej 
Dzień dobry Panie Robercie,
Pański wywiad z Małgorzatą Ohme zrobił na mnie ogromne wrażenie. Mam podobne przemyślenia dotyczące reinkarnacji i tego, co może czekać nas po śmierci. Czytałam również książkę Wędrówka dusz. Nie planowałam do Pana pisać, ale ostatnio zaczął mi Pan „wyskakiwać” wszędzie - w telefonie, w mediach społecznościowych, w różnych materiałach. Odebrałam to jako znak i postanowiłam podzielić się swoją historią.
Kiedy moja córka Zuzia miała zbliżające się pierwsze urodziny, przyjechali do nas moi rodzice. Przywieźli mi wtedy duży zapas papierosów. Zaznaczę, że mieszkam w Anglii od ponad 20 lat. Paliłam przez większość swojego życia, z przerwą na ciążę i karmienie piersią. Gdy tylko przestałam karmić, wróciłam do nałogu. Dziś trochę wstyd mi to przyznać, ale wtedy naprawdę lubiłam palić. Nie miałam żadnego zamiaru rzucać. W noc przed pierwszymi urodzinami Zuzi miałam niezwykły sen. Śniło mi się, że umarłam. Nie mieliśmy ciał, a komunikacja odbywała się telepatycznie. Rozmawiałam z istotą, którą wtedy uznałam za Boga, choć dziś myślę, że mógł to być jakiś przewodnik duchowy.
Powiedział mi, że umarłam. Co ciekawe, przyjęłam tę informację z całkowitym spokojem. Czułam błogość i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłam.
Następnie usłyszałam słowa, które na zawsze pozostały w mojej pamięci:
„Umarłaś, bo nie dbałaś o siebie. Za dużo paliłaś. Teraz pokażę ci życie tak, jakbyś nie paliła papierosów.”
I wtedy się obudziłam.
Nie potrafię opisać uczucia, które mi towarzyszyło po przebudzeniu. To było coś pięknego, czego nie da się wyrazić ziemskimi słowami. Rano opowiedziałam rodzinie o tym śnie. Później, jak zwykle, wyszłam do ogrodu z kawą i papierosem. Po każdym zaciągnięciu miałam odruch wymiotny, jakby moje ciało nagle zapomniało, że kiedykolwiek paliłam. Ten stan utrzymywał się przez kilka tygodni. W końcu przestałam próbować.
Od tamtego dnia minęło 12 lat. Nie zapaliłam ani jednego papierosa.

Nie twierdzę, że wiem, czym było to doświadczenie. Wiem tylko, że zmieniło moje życie. Dzięki niemu stałam się lepszą wersją siebie, zdrowszą i bardziej świadomą. Do dziś czuję, że był to jakiś znak i że miało to głębszy sens. Od tamtego doświadczenia zaczęłam interesować się tematyką życia po śmierci, świadomości i duchowości. Przeczytałam wiele książek na ten temat. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie "100 sekund w niebie". Autor opisuje swoje doświadczenie śmierci klinicznej, a czytając jego relację, miałam momentami wrażenie, jakby opisywał to, co sama czułam podczas tego snu i tuż po przebudzeniu. Przez lata nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów, aby wyrazić ten stan, a kiedy przeczytałam tę książkę, po raz pierwszy pomyślałam: „Tak, właśnie o to mi chodziło”. To było bardzo zaskakujące i dało mi do myślenia. To doświadczenie nie było jedyną niezwykłą rzeczą w moim życiu. Mam wrażenie, że moje życie składa się z wielu podobnych historii. Od dziecka byłam bardzo wrażliwa na energię ludzi.
Zdarzało mi się również mieć sny o osobach zmarłych. W takich snach przekazywały mi różne informacje lub wiadomości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ktoś może uznać to za zwykłe sny, jednak niektóre z tych doświadczeń były dla mnie na tyle wyraźne i znaczące, że do dziś o nich pamiętam.Szczególnie zastanawiająca była dla mnie historia mojego syna. Gdy miał około trzech lat, opowiadał rzeczy, które interpretowałam jako wspomnienia z poprzedniego wcielenia. Był jeszcze bardzo mały, a mimo to mówił o sprawach, których nie miał prawa znać. To również skłoniło mnie do głębszego zainteresowania tematem reinkarnacji. Nie oczekuję, że ktoś bezkrytycznie uwierzy w moje doświadczenia. Chciałam jedynie podzielić się historią, która przez lata skłaniała mnie do zadawania pytań o to, kim jesteśmy i co dzieje się z nami po śmierci.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Historia mojej taty która wydarzyła się w latach 92-93. Po powrocie z wojska mój tata przeżył coś, co do dziś trudno jednoznacznie wyjaśnić. Pewnej nocy, leżąc w łóżku i przysypiając, usłyszał znajomy dźwięk – skrzypnięcie starej drewnianej furtki ze sprężyną, znajdującej się na podwórku. Pomyślał wtedy w myślach:
„To pewnie idzie śmierć po dziadka...”
W tym momencie poczuł chłód, a czas jakby się zatrzymał. Przed jego łóżkiem stanęła czarna, bardzo wysoka postać. Nie ruszała się. Po chwili odezwała się głosem, którego tata do dziś nie zapomniał:
- Skąd wiedziałeś, że to ja?
Przerażony, odpowiedział, że po prostu naszła go taka myśl. I że dopiero co wrócił do domu z wojska, a żal mu, że nie spędzi więcej czasu z dziadkiem. Dodał, że gdyby mógł, oddałby rok swojego życia, żeby dziadek żył dłużej.
Postać przez chwilę milczała, po czym powiedziała:
- To odważne - oddać rok młodego życia, nie wiedząc, ile ci go zostało.
Po tych słowach dodała jeszcze jedno zdanie, które zapadło mu w pamięć na całe życie:
- Przyjdę za dziesięć lat.
Następnie zniknęła. Tata nie wiedział, czy to był sen, wizja, czy może coś więcej.
Dokładnie dziesięć lat później jego dziadek - a mój pradziadek - zmarł.

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry Panie Robercie,
jeśli chciałby Pan usłyszeć niewytłumaczalną historię (na pewno mniej spektakularną aniżeli UFO, ale dla mnie niezwykłą) to raczę jedynym w moim życiu wydarzeniem, którego wyjaśnić nie jestem w stanie do dziś dnia.
Miałam wtedy 19 lat i to były moje pierwsze wakacje zarobkowe w Niemczech. Później już co roku wyjeżdżałam na wakacje do Niemiec, aby zarobić pieniądze na nadchodzący rok akademicki. Ale wracając do tych konkretnych wakacji - zatrudniłam się na 2 miesiące we włoskiej kawiarni w Bawarii jako kelnerka. Właściciele lokalu zapewniali mi mieszkanie pracownicze oraz wyżywienie. Gdy wiec nie pracowałam spędzałam czas w mieszkaniu, gdzie byłam jedyną lokatorką. Do tej pory bardzo nie lubiłam kawy (na chwile zbaczam z głównego wątku, ale ten fakt jest dość istotny dla sprawy) - podczas pracy w kawiarni natomiast posmakowała mi ona tak bardzo, że praktycznie mało kiedy piłam cokolwiek innego. Zatem z osoby w ogóle nie zainteresowanej kawą, zmieniłam się w osobę nadużywającą. I tak funkcjonowałam przez 2-3 tygodnie. Aż pewnego dnia w nocy (ale świtało już) obudził mnie bardzo silny, ciężki do zniesienia ból w klatce piersiowej. Miałam poczucie jakby mi ktoś zgniatał klatkę imadłem. Nie mogłam złapać oddechu i pamiętam jak przez myśl przeszło mi, że umieram. Byłam w domu sama, drzwi zamknięte na klucz - nikt nie miał szans udzielić mi pomocy. Straciłam nadzieję. Czułam już, że powoli zaczynam tracić przytomność, brak tlenu i ten ból w klatce powoli zabierały mnie na druga stronę, czułam jak tracę przytomność. Łóżko, na którym leżałam było dosunięte do ściany, a ja leżałam twarzą w stronę tej ściany, nie mogąc zrobić dosłownie nic. Ten ból mnie obezwładnił, byłam bezsilna. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie mogę wytłumaczyć do dziś dnia. Leżałam pogodzona już z tym, że z tego łóżka nie wstanę kiedy to poczułam FIZYCZNIE (żadnych odgłosów przy tym nie słyszałam, nic też nie widziałam) jakby za moimi plecami ktoś usiadł na materacu. Dosłownie poczułam fizycznie jak materac się ugina, jak ktoś za mną siada. Proszę sobie wyobrazić moje przerażenie… Wiedziałam, że jestem w domu sama, nikt oprócz właścicieli restauracji mnie w tym mieście nie znał, a ci mieszkali w innej części miasta, nikt nie miał kluczy. I wydarzyła się wtedy rzecz niezwykła - w momencie kiedy poczułam, że ktoś za mną siada, imadło w mojej klatce piersiowej puściło… złapałam z powrotem oddech. Od tego momentu nie czułam już żadnego bólu, żadnego ściskania. Zostałam tylko ze swoim przerażeniem… Leżałam sparaliżowana strachem nie mogąc się odwrócić… Bałam się to zrobić. Oddychałam najciszej jak potrafiłam, nie ruszałam się - mimo, iż wiedziałam, że moje ciało wróciło do sprawności i gdybym chciała mogłabym od razu wstać z łóżka. Strach przed tym, co zobaczę jak się odwrócę po prostu mnie sparaliżował, zatonęłam w nim. Leżałam tak z twarzą obróconą do ściany 2, może 3 godziny. Ale przyszedł moment, w którym w końcu musiałam się odwrócić… Już dosyć długo było jasno - nie znałam dokładnej godziny, ale wiedziałam, że muszę zbierać się do pracy. Najpierw delikatnie ręką sięgnęłam za siebie - nic nie poczułam. Jedynie materac, a na nim NIC. Nabrałam wiec odwagi żeby się odwrócić ciałem i spojrzeć za siebie - za mną nie było oczywiście nikogo. Nadal przestraszona przeszukałam całe mieszkanie - nikogo nie było w środku, drzwi natomiast były zamknięte na klucz od środka, tak jak je zostawiłam dzień wcześniej.
Do tej pory nie mogę sobie wytłumaczyć do czego wtedy doszło. Pod kątem medycznym mogę podejrzewać, że nie będąc w ogóle przyzwyczajoną do kofeiny, a później pijąc ją niemalże litrami moje serce mogło odmówić mi posłuszeństwa. Podejrzewam, że mogłam mieć zawał albo coś w jego rodzaju. Nie znam się, nie jestem lekarzem, na pewno coś fizycznie w moim ciele nie zagrało. Co natomiast wydarzyło się za moimi plecami i sprawiło, że ścisk w klatce ustąpił - tego nie wiem i nie jestem sobie w stanie tego wytłumaczyć.

czytaj dalej 

czytaj dalej 
Dawno temu, kiedy miałam około 17-18 lat, czyli ponad 30 lat temu, byłam w Ustce. Mieszkałam w okolicy i w tamtym czasie w każde wakacje dorabiałam w ośrodkach wczasowych.
Pamiętam, że pewnego dnia poszłam nad wodę. Kusiło mnie, żeby wejść do morza, mimo że nie umiałam pływać. Trochę się bałam, ale i tak szłam powoli coraz dalej. W pewnym momencie straciłam grunt pod nogami. Przyszła też fala, która wciągnęła mnie jeszcze dalej w głąb wody i wtedy zaczęłam się topić. Straciłam orientację i nagle znalazłam się daleko od brzegu. Pamiętam tylko ten moment - wodę przed oczami, znikające niebo, jakbym traciła wszystko z pola widzenia, strach ,panika i myśl to koniec.
Potem mam urwany film i nie pamiętam, co się stało dalej.
Nagle znalazłam się z powrotem przy brzegu, stojąc bezpiecznie w wodzie do kolan, gdzie już nic mi się nie mogło stać. Miałam wrażenie, jakbym była prawie sucha i stała pewnie na nogach, jakby nic się nie wydarzyło, mimo że wcześniej byłam w sytuacji zagrożenia życia. To było dla mnie zupełnie nielogiczne, bo jeśli fala wyrzuciłaby mnie na brzeg, to nie w taki sposób - nie stojąc spokojnie i stabilnie.
Ludzie zachowywali się tak, jakby nic się nie stało, jakbym po prostu stała sobie w wodzie i nic mi nie groziło.
Do dziś mam w pamięci ten obraz - znikające niebo, wodę przed oczami i ten „urwany film”, którego nie potrafię wytłumaczyć.
Nie wiedziałam wtedy, że to jest początek różnych zdarzeń, które będą mi towarzyszyć przez całe moje życie. Mam tyle rzeczy do opowiedzenia, ale zawsze boję się, że nikt mi nie uwierzy albo że ktoś mnie wyśmieje. Mam też wrażenie, że istnieje jedna siła, która chce mnie zniszczyć, i druga siła, która mnie chroni - doszłam do takiego wniosku po wielu sytuacjach, które mi się przydarzyły. Pozdrawiam

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Witam serdecznie.
Spotkała mnie taka historia. Opowiem konkretnie.
Mój syn, 2-latek, był jakiś czas temu chory i miał kilka dni gorączkę, więc co kilka godzin podawałam mu leki, żeby tę gorączkę zbić. W ostatni dzień tego przeziębienia dałam synowi o 21:00 na noc leki przeciwgorączkowe i sama poszłam też spać.
Nagle, jakoś około 1:00 w nocy, COŚ lub KTOŚ z całej siły krzyknął mi do ucha: „WSTAWAJ!”. Oczywiście zerwałam się z łóżka jak szalona i przerażona, i od razu zobaczyłam, co z synem… a on 40 stopni gorączki. Nie wiem, co to było. Mieszkam sama, ale ten głos, byt, co mi wykrzyczał „WSTAWAJ” do ucha, to nie był sen, bo nic mi się nawet nie śniło.
Można opublikować mój mail.

Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tą historią. Tego typu doświadczenia trudno jednoznacznie wyjaśnić. Z jednej strony można przypuszczać, że zadziałała bardzo silna intuicja matki - nawet podczas snu nasza podświadomość potrafi wychwycić sygnały, których na co dzień nie rejestrujemy w pełni świadomie. Z drugiej strony można też spojrzeć na to jako na formę ostrzeżenia lub duchowego impulsu, który pojawił się dokładnie wtedy, gdy był potrzebny.
To z pewnością jedno z tych doświadczeń, które trudno uznać za zwykły przypadek.
czytaj dalej 

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Szanowny Panie Robercie,
Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy opisać Panu pewną historię. Nie potrafię jej racjonalnie wyjaśnić, choć równie dobrze może być jedynie niezwykłym zbiegiem okoliczności. Chciałabym jednak poznać Pana opinię. W styczniu 2024 roku zmarła moja koleżanka Asia. Miała zaledwie 41 lat i przegrała walkę z rakiem. Znałyśmy się od ponad 10 lat dzięki koniom. Z czasem nasze drogi się rozeszły, jak to często bywa w dorosłym życiu, i kontakt był już sporadyczny. Mimo to wiadomość o jej śmierci bardzo mną wstrząsnęła. Asia była osobą bardzo charakterystyczną. Uparta, ambitna, zawsze stawiała na swoim i konsekwentnie dążyła do celu. Kompromisy właściwie nie istniały w jej słowniku. Początkowo nie planowałam jechać na pogrzeb. Byłam wtedy sama z małym dzieckiem, a cmentarz znajdował się około 30 kilometrów od mojego domu. Uznałam, że odwiedzę jej grób w innym terminie. W dniu pogrzebu rano zadzwoniła do mnie nasza wspólna koleżanka. Powiedziała, że dzwoniła do niej siostra Asi z pytaniem, czy wybieram się na pogrzeb.
Okazało się, że ostatnią wolą Asi było, aby podczas pogrzebu towarzyszył jej czarny koń i szukają kogoś kto jest na miejscu i spełni jej ostatnią wolę, a że posiadam prawo jazdy BE to postanowiła mnie o to zapytać. Zadecydowały o tym ostatecznie dopiero tego dnia i na szybko szukały konia i kogoś kto go zawiezie. Koleżanka zaproponowała mi swoją przyczepę i powiedziała, że mogę zabrać dowolnego czarnego konia z ich stajni (sami wtedy byli gdzieś w trasie). Mieli wtedy cztery konie tej maści, a ich stajnia leżała idealnie po drodze. Od ponad 20 lat zajmuję się końmi, więc logistycznie nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Mimo wszystko z niewyjaśnionego powodu poczułam, że nie chcę brać żadnego z tych koni. Pojechałam jedynie po przyczepę, a później postanowiłam pojechać w zupełnie innym kierunku po konia należącego do innej koleżanki. Był to koń rasy fryzyjskiej. Do dziś nie potrafię powiedzieć, dlaczego akurat jego wybrałam. W mojej okolicy konie fryzyjskie należą do rzadkości. Tak naprawdę znam tylko tego jednego. Pamiętam też, że jadąc po niego, pomyślałam sobie pół żartem, pół serio: „Będziesz mnie straszyć po nocach, jak ci nie przywiozę tego konia.” Znałyśmy się na tyle dobrze, że wiem, iż Asia śmiałaby się z takiego tekstu.
Na miejsce dotarłam dosłownie pięć minut przed rozpoczęciem mszy. Po wyjściu urny z kościoła szłam za nią z koniem, a za nami cały kondukt pogrzebowy. Kiedy wchodziliśmy na wzniesienie prowadzące na cmentarz, koń zaczął bardzo głośno rżeć. W kompletnej ciszy zrobiło to ogromne wrażenie na wszystkich obecnych. Widziałam ludzi ocierających łzy. Dla mnie samo rżenie nie było niczym niezwykłym. Konie są zwierzętami stadnymi i często nawołują inne osobniki, gdy zostają same. Nie doszukiwałam się w tym niczego nadprzyrodzonego. Po zakończeniu uroczystości odwiozłam konia, oddałam przyczepę i wróciłam do domu, spiesząc się jeszcze odebrać dziecko z przedszkola. Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra Asi.
Powiedziała tylko: „Nie wiem, jak ty to zrobiłaś, ale bardzo ci dziękuję. Ostatnią wolą Asi było, żeby na jej pogrzebie był koń fryzyjski.” Dosłownie zamarłam. Nie miałam o tym pojęcia. Nikt mi wcześniej tego nie powiedział. Mogłam przecież bez problemu zabrać jednego z czterech czarnych koni stojących po drodze. Tymczasem z niewiadomego powodu pojechałam po jedynego fryza, którego znam. Powiedziałam jej na to: „widzisz.. Asia zawsze dostawała to czego chciała.” Od tamtej chwili wielokrotnie zastanawiałam się, czy był to tylko niezwykły zbieg okoliczności, czy też coś, czego nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Nie próbuję nikogo do niczego przekonywać. Sama nie wiem, jak to interpretować. Po prostu uznałam, że jest to historia, która może Pana zainteresować.

Komentarz FN:
Dziękujemy za podzielenie się tą historią. To naprawdę zaskakujące, zwłaszcza że nie wiedziała Pani, iż ostatnim życzeniem koleżanki był właśnie koń fryzyjski. Jedna z możliwych interpretacji jest taka, że w tamtym momencie mogła zadziałać silna intuicja albo pewnego rodzaju duchowe połączenie z koleżanką. W wielu relacjach po śmierci bliskiej osoby pojawia się motyw nagłego impulsu, myśli czy decyzji, której człowiek nie potrafi logicznie wyjaśnić, a dopiero później okazuje się ona mieć znaczenie. Można więc zastanawiać się, czy wybór tego konkretnego konia był całkowicie przypadkowy, czy może w jakiś sposób „odebrała” Pani to, czego chciała Pani koleżanka. Nie możemy tego z całą pewnością udowodnić, ale właśnie takie historie są dla nas szczególnie interesujące. Pokazują, że więź między ludźmi nie kończy się wraz ze śmiercią. Pozdrawiamy serdecznie.
czytaj dalej 
Szanowny Panie Robercie,
Piszę do Pana, ponieważ od lat śledzę działania Fundacji Nautilus i chciałbym przekazać do Państwa archiwum swoją relację z dzieciństwa, która z perspektywy czasu wydaje mi się niezwykle silnym dowodem na realność zjawiska OOBE. Zdarzenie miało miejsce w Szpitalu Wojewódzkim w Białej Podlaskiej w 2014 lub 2015 roku. Miałem wtedy 8 lub 9 lat i przechodziłem zabieg wycięcia migdałków. To, czego doświadczyłem po operacji na sali wybudzeń, określam dziś jako „tryb widza”. Znalazłem się pod samym sufitem sali i obserwowałem całą scenę z góry.

Kluczowe szczegóły mojej relacji Perspektywa z góry i pozycja ciała: Zapamiętałem rzut pionowy sali. Widziałem siebie leżącego na łóżku w pozycji półsiedzącej. Dziś wiem, że jest to tzw. pozycja Fowlera, standardowo stosowana po operacji migdałków, aby zapobiec zachłyśnięciu. Jako 8-latek nie miałem o tym pojęcia i nie wiedziałem, że powinienem leżeć w taki sposób, a mimo to dokładnie taką pozycję zapamiętałem z perspektywy „widza”.
Moment wybudzenia: Co niezwykle istotne, fizyczną przytomność odzyskałem dopiero znacznie później, będąc już na zwykłej sali szpitalnej. Obraz spod sufitu na sali wybudzeń był więc całkowicie niezależny od momentu mojego rzeczywistego powrotu do ciała i zmysłów. Detale wyposażenia: Z dużej wysokości widziałem ciągi błękitno-białych blatów medycznych.
Zapamiętałem konkretny szczegół: zlew wpuszczony w blat oraz przedmioty leżące na jego górnej powierzchni. Z poziomu łóżka, przy wysokich szpitalnych sufitach, zobaczenie wnętrza zlewu i góry blatów było fizycznie niemożliwe. Personel: Widziałem trzy pielęgniarki pracujące w strefie między moim łóżkiem a szafkami. Najważniejszym dowodem jest dla mnie fakt, że gdybym po prostu na chwilę otworzył oczy podczas wybudzania, widziałbym tylko to, co bezpośrednio przede mną (nogi, pościel).
Moja świadomość zarejestrowała jednak pełny układ architektoniczny sali z punktu pod sufitem. Uważam, że moja świadomość działała wtedy jak niezależna kamera. Jeśli uznają Państwo tę relację za interesującą, wyrażam zgodę na jej anonimowe wykorzystanie.

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry, panie Robercie właśnie przed chwilą podczas słuchania podcastu z Panem usłyszałem jak mówi Pan o tym "potknięciu się o kamyczek i zmianie tj. dalszego naszego życia" i przypomniałem sobie sytuacje z mojego życia sprzed ok 20 lat a mianowicie bo to wtedy okres w którym regularnie grałem w piłkę, chodziłem na treningi i ogólnie reprezentowałem klub w mojej miejscowości i pewnego dnia nie miałem strasznej ochoty iść na trening i mój tata (wtedy akurat jednocześnie nasz trener) powiedział, że skoro nie idę na trening to mógłbym skosić trawę przed domem. Ja po chwili zastanowienia się poczułem nagle, że nie jednak nie chce mi się kosić i wolę iść pobiegać za piłką. Wtedy wydawało mi się, że to przez moje lenistwo, ale teraz zaczynam się zastanawiać czy to przypadkiem nie "mój anioł stróż" wziął mnie za ramiona i zaprowadził na ten trening, bo ok godzinę od wyjścia z domu pijany strażak wracając z festynu wozem strażackim staranował ogrodzenie mojego domu zabijając przy tym kobietę która szła chodnikiem. Ten samochód przejechał dokładnie w tym miejscu gdzie ja bym kosił trawę dosłownie o ok metr mijając dom i nie uszkodził nic poza słupem wysokiego napięcia który był przy ulicy. I teraz chyba naprawdę uważam że nie ma przypadków tylko zawsze coś dzieje się z jakiejś przyczyny.

Komentarz FN:
Historia ta pokazuje, że czasem jedna drobna decyzja może zmienić bardzo wiele.
Buddyści mówią, że nawet potknięcie się o mały kamień może całkowicie odmienić dalszy bieg wydarzeń. Być może właśnie w takich chwilach ujawnia się pewien głębszy porządek. Czasami człowiek podejmuje decyzję bez wyraźnego powodu, a dopiero po czasie dostrzega, jak wielkie miała ona znaczenie. Bez wątpienia są takie wydarzenia, które pozostają dla nas nieodkrytą tajemnicą. Prawdopodobnie ma to związek z karmą i z tym, że każdy z nas podąża własną ścieżką, na której pewne zdarzenia mają szczególne znaczenie. Z naszej ludzkiej perspektywy widzimy jedynie niewielki fragment większej układanki, dlatego nie potrafimy do końca powiedzieć, dlaczego jedna osoba unika tragedii, a inna nie.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień Dobry, witam serdecznie Pana Roberta i całą ekipę zespołu Nautilus.
To zaszczyt móc do Państwa napisać, nie spodziewałam się, że taka okazja mi się przytrafi aż do nocy 16 lipca.
Otóż kilka rzeczy zanim zacznę: mieszkam w obecnym miejscu około 4 miesięcy, nic dziwnego, nadzwyczajnego się tutaj nie działo, aura mieszkania jest bardzo pozytywna. W sypialni mam małe okno z zasłonami, w nocy zawsze zamykam wszystkie okna (ze względu na hałas) oraz zawsze są całkowicie zasłonięte, więc w nocy żadne światło zewnętrze nie dostaje się do środka. Z nocy 16 na 17 lipca pamiętam, że miałam problemy aby zasnąć. Ostatni raz sprawdzałam godzinę na telefonie - 1 w nocy, mogę obstawiać, że około 2 udało mi się w końcu zasnąć. No i przechodzimy do meritum ;) Obudziłam się nagle (jak się okazało, zaraz po całym doświadczeniu sprawdziłam godzinę -3.32) w moim pokoju panowała istna ciemność, było wręcz czarno, a przy moim łóżku (załączam zdjęcie podglądowe dla lepszej wizualizacji) poruszały się w powietrzu białe kule. Na pewno nie byłam we śnie, pamiętam bardzo dobrze, że przestraszyłam się, odsunęłam się do tyłu łóżka ze strachu, dodatkowo rozglądałam się po pokoju, więc nie ma żadnej możliwości, że był to paraliż senny. Kule były różnej wielkości nie tworzyły "zarysu sylwetki", w pierwszym momencie pomyślałam, że to może duch. Kule tworzyły jedność, ale nie miały danego zarysu, były różnej wielkości, ale nie były to małe kuleczki, bardziej jak wielkość piłki tenisowej. Ich kolor był powalający, naprawdę. Dalej jestem po wrażeniem tego doświadczenia, więc przepraszam z góry za rozgardiasz w zdaniach. Te kule były białe, ale nie był to taki "transparenty biały" kolor, ale taki biały gęsty, solidny? Cała sytuacja trwała, jak myślę około 5-6 sekund. Zaraz po wybudzeniu pamiętam, że wymamrotałam coś ze strachu pod nosem, następnie rozglądałam się po pokoju, widziałam zarysy szaf, cały czas próbując jakoś wyjaśnić to zjawisko, że to światło jest odbiciem czegoś. Nie ma takiej opcji, totalna ciemność i tylko latające kule między moim łóżkiem a ścianą. Powiem szczerze, boję się dosyć rzeczy niewyjaśnionych, więc od razu pomyślałam o tym, że muszę złapać telefon (jest na szafce obok łóżka) i zapalić szybko latarkę z niego. Ale jakaś cząstka mnie pomyślała, dosłownie cytat : "To jest jedyna taka okazja, kiedy przeżywasz coś takiego, widzisz własnymi oczami rzeczy, których nie powinno być, jak czegoś nie zrobisz będziesz żałować". No i byłam pewna, że w momencie zapalenia światła z telefonu te obiekty znikną i jedyne co mi przyszło do głowy, może trochę głupie haha to była myśl, aby jednocześnie prawą ręką chwycić po telefon a lewą rękę wsadzić w środek zbiorowiska tych obiektów. Tak też zrobiłam, adrenalina mi wybiła poza skalę haha Teraz trochę żałuję, że mogłam na spokojnie próbować zbliżać tą rękę do obiektów i obserwować reakcje, ale wtedy za bardzo się bałam, szybko machnęłam ręką w te obiekty i w tym samym momencie zapaliłam światło z latarki w telefonie. Nie poczułam nic dziwnego, tak naprawdę to nie poczułam zupełnie nic, ani zimna, ani ciepła, wydaję mi się, że szok i adrenalina zrobiły swoje. Z tego co mogę dodać, pamiętam, że będąc dzieckiem - byliśmy na wyjeździe z rodziną nad morze, pewnej nocy widziałam sylwetki duchów w pokoju. Więc, tej opisywanej nocy pomyślałam, że może widzę coś podobnego, jednak jest duża różnica między jednym a drugim zjawiskiem. Aby to jakoś zwizualizować przygotowałam zdjęcia, jak mniej więcej to wyglądało. Co jeszcze przychodzi mi do głowy, to mniej więcej ilość tych kul, wydaję mi się, że było ich razem około 12-13. Były one jednością, ale nie tworzyły zamkniętego obiektu. Niestety wszystko działo się tak szybko i nagle, że ciężko jest przypomnieć sobie więcej szczegółów.
Wizualizację przygotowałam z pomocą narzędzi AI, aby chociaż minimalnie pokazać jak te obiekty wyglądały.
Pamiętam, że ich wygląd skojarzył mi się trochę z takim gęstym dymem, bardzo mocno gęstym dymem.
Dziękuje za poświęcenie czasu.

czytaj dalej 
Z poczty FN:
Dzień dobry,
Panie Robercie, czytam Pana książkę. Dziś byłem na „Kule Orb i Przywołane w medytacji szczęście”. Pracuję na czterobrygadówce i szczerze nie cierpię rannych zmian. Dziś schodząc z porannej zmiany o godzinie 14 czytałem fragment o tym, jak medytował Pan o szczęściu i chwilę później dostał SMS-a, że wygrał Pan samochód. Postanowiłem więc przez dłuższą chwilę bardzo mocno skupić myśli na tym, żeby „przywołać” kierownika następnej zmiany, który zaproponuje mi, żebym jutro przyszedł nie na 6 rano, tylko na 14. Co ciekawe - takie sytuacje u nas zdarzają się naprawdę rzadko, może 1 raz na 10 przypadków, dlatego nawet nie brałem tego na serio.
Po około godzinie dzwoni do mnie kolega i mówi, że mistrz zmiany szuka kogoś na jutro na 14. Oddzwoniłem więc do mistrza, a on mówi do mnie: „Właśnie miałem do ciebie dzwonić z pytaniem, czy chcesz jutro przyjść na 14”. Przyznam szczerze, że aż mnie zmroziło, bo dokładnie tego potrzebowałem i dokładnie o tym intensywnie myślałem chwilę wcześniej. W przeszłości takie sytuacje się zdarzały ale nie łączyłem ich w pary, myślałem, że to po prostu szczęście. Dziś to się sprawdziło, moc medytacji a raczej wzywania potrzeby jest realna. Dziękuję za tę lekcję i mam nadzieję, że dałem świadectwo temu, że jest moc i światło mimo, że to taka błaha sprawa związana ze mną.

Komentarz FN:
Bardzo dziękujemy za podzielenie się tą historią. To niesamowite świadectwo tego, jak potężna jest siła naszej intencji i jak mocno jesteśmy połączeni z otaczającym nas światem. Takie sytuacje to nie przypadek. Są momenty, w których rzeczywistość odpowiada na nasze potrzeby. Życzymy wielu kolejnych, pozytywnych synchronizacji na Pana drodze.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Witam,
chciałam opowiedzieć o swoim przypadku reinkarnacji. Mój przypadek jest zaledwie wspomnieniem, odczuciem po mojej poprzedniczce. Niestety nie pamiętam nic co do rzeczy, imion i miejsca. Ale wyczułam, że była dobrą kobietą, już starszą, mądrą, jednak bardzo smutną.
Muszę nadmienić w pierwszej kolejności, że jestem wychowana w wierze katolickiej, która wyraźnie uznaje, że reinkarnacja nie istnieje. Wiara katolicka takiego przypadku nie umie wytłumaczyć, jest to uznawane z góry za coś niewytłumaczalnego. Przyjęte jest, że każdy człowiek rodzi się ze swoją duszą, także nie ma miejsca nawet na możliwość spokojnej rozmowy na ten temat, gdyż sprzeczne jest to z wiarą i uznane byłoby za przejaw obecności obcego bytu. Dlatego nigdy nie chciałam z nikim o tym rozmawiać z racji obawy, żebym została uznana za grzeszną, problematyczną, potrzebującą pomocy. Na szczęście urodziłam się w domu, gdzie moja rodzina jest dość wyrozumiała co do rozmów o możliwościach nadprzyrodzonych. W mojej rodzinie bywały przypadki przodków umiejących wyczuwać energię ludzi. Na przestrzeni lat, po przypadkowych artykułach i materiałach w internecie, w końcu natrafiłam na Pana kanał, gdzie rozmowy na ten temat są normą, nie jest to temat tabu, wręcz przeciwnie – można na ten temat rozmawiać.
Po swoim przypadku mam podobne wnioski jak Pan i inni słuchacze, ale mam kilka dodatkowych.
W pierwszej kolejności może zacznę od opisania sytuacji, kiedy i jak pojawiło się to u mnie.
Byłam małą dziewczynką, radosną, nie chodziłam jeszcze do zerówki, jednak umiałam już bawić się beztrosko z innymi dziećmi, sama, bez kontroli (mieszkałam na wsi), więc obstawiam, że miałam około 4–5 lat. Tego dnia byłam akurat z koleżanką w swoim ogrodzie. Pamiętam, że był piękny, słoneczny dzień. W pewnym momencie, gdy biegłam w euforii, to się stało. Do mojego małego ciała weszło wspomnienie dojrzałej, starszej kobiety, która ubolewała, szlochała nad swoim losem, a może nie tak swoim, ale nad losem innych, swoich bliskich. Odczułam jej ból, jej smutek, jej żal… jej długą rozpacz, w jakiej tkwiła. Była to żałoba, a jednocześnie bezradność i bezsilność. Czułam, że nie była zła – była dobrą kobietą, uczciwą. Nie czułam od niej nic podłego. To weszło do mojej jaźni tak mocno, do mojego małego ciałka, że stało się to wręcz jednością. Nie umiem tego opisać wyraźniej. Ona była w moim ciele i umyśle przez tę chwilę. Trwało to może około 5 minut. Niedługo… Ja wróciłam do siebie kilka metrów dalej. Koleżanka i mama odnalazły mnie po chwili, znalazły mnie po moim histerycznym płaczu. Nie umiałam tego nikomu wytłumaczyć, byłam w wielkim szoku. Płakałam niesamowicie. Mama uznała, że chyba czymś się wystraszyłam, skoro nie umiałam racjonalnie tego wytłumaczyć. Pożegnała moją koleżankę, a ja poszłam się wyciszyć do domu. To uczucie-wspomnienie nie było mi w tym wieku znane. Małemu dziecku – skąd miałam wiedzieć, czym jest tak silny ból, żałoba i żal w wieku około 5 lat? To był wstrząs, na który zareagowałam silnym płaczem. Z czasem, gdy rosłam i dojrzewałam, to uczucie umiałam już nazwać i określić. Teraz wiem, co to było i co ta kobieta odczuwała. To odbiło się na moim charakterze. Zawsze lubiłam osoby starsze. Jako dziecko lubiłam z nimi spędzać czas, doceniałam ich mądrość życiową i czułam się dobrze oraz bezpiecznie wśród nich (nie tylko wśród moich dziadków, ale też sąsiadów). Po tym doświadczeniu jeszcze bardziej się to pogłębiło. Zdarzało mi się coś powiedzieć bliskim, co zwracało ich uwagę, na przykład będąc malutką mówiłam: „Chwile są ulotne, doceniajmy każdą minutę, ona się już nie powtórzy”. W mojej rodzinie, tak jak mówiłam, już bywały osoby nadwrażliwe na energię i emocje innych ludzi, więc uznano, że też odziedziczyłam to po nich.
Cieszę się też, że to była dobra osoba, bo ciężko byłoby mi radzić sobie z jej negatywnym uosobieniem w moim życiu. Uważam, że to jest ważne.

Podsumowując moje doświadczenie, chciałam tylko powiedzieć, że reinkarnacja zdarza się często. Jestem jednak pewna, że doświadczenie reinkarnacji zależne jest od kresu życia. Najczęściej osoby kończące tu życie muszą chcieć na swój sposób tu zostać. Są osoby, które umierają nagle i które chciały jeszcze żyć, albo osoby, które - jak u mnie - nie pogodziły się ze swoim losem i dlatego ponownie się odradzają. Osoby pogodzone odchodzą gdzieś jeszcze wyżej.
czytaj dalej 
Z poczty FN:
Podzielę się swoją historią, której do tej pory nie rozumiem. W 2008 roku jak miałam 23 lata pracowałam w Niemczech przy pracach sezonowych. Mieszkałyśmy w tzw. Laubach. W czasie przerwy zostałam w Laubie i szykowałam sobie obiad. Rozdzielałam nożem zamrożone kotlety. Robiłam to bezmyślnie, chyba z przemęczenia w taki sposób że nóż wbił mi się w kciuk. Wyciągnęłam nóż i poczułam się słabo. Uklęknęłam, a następnie położyłam się na podłodze czując, że odpływam. I tu zaczyna się najlepsze, słyszałam melodię, widziałam zarysy kolorowych postaci, świeciły, otoczenie było pełne kolorów z dominacją różowego. Te postacie podchodziły do mnie i czułam, że są zdziwione, że mnie widzą. Nagle coś mnie wyrwało z tego "świata", ale ja nie chciałam wracać. Czułam, że tam jest moje miejsce. Poczułam przeszywający ból w klatce piersiowej. Otworzyłam oczy i zobaczyłam szare smutne otoczenie. A na podłodze kałużę krwi. Co mi się przytrafiło? Czy to było spowodowane utrata krwi? Czy byłam po drugiej stronie?

Komentarz FN:
Dziękujemy za tę historię. To, co Pani przeżyła, wygląda na klasyczne doświadczenie z pogranicza śmierci. Utrata krwi i silny wstrząs sprawiły, że na chwilę wyszła Pani poza ciało. Wiele osób w takich momentach widzi i czuje dokładnie to samo: piękne kolory, światło, postacie i głębokie poczucie, że trafiło się do swojego prawdziwego domu. Pani doświadczenie było realne. Z przesłanego opisu wnioskujemy, że nie było to zwykłe omdlenie. Na chwilę znalazła się Pani po drugiej stronie i wróciła. Takie rzeczy się zdarzają i nie są rzadkością. Pozdrawiamy.
czytaj dalej 
Dzień dobry
Opiszę państwu swoją historię, dokładniej 2 przeżycia, a miałem ich kilka na przestrzeni 30 lat. Moi bliscy o nich słyszeli jakoś nigdy nie miałem problemu z opowiadaniem swoich przeżyć. Było to w 2017 roku, Chodziłem do Brata korzystać z komputera i internetu po tym jak się wyprowadził od rodziców i poszedł na swoje. Pewnego razu oglądając u niego filmy, a byłem sam w mieszkaniu. Poczułem uczucie nie niepokój ani strach ale impuls. Odwróciłem się i jak by ktoś rzucił czarnym materiałem, po łuku od sufitu do podłogi. Było to przed 16, bo ani brata i jego ówczesnej narzeczonej a teraz żony nie było. Po zobaczeniu tego poczułem prawdziwy strach, dreszcz po karku. Wstałem od komputera i po minucie mnie już w tej kamienicy nie było. 2 lata później przez 2 miesiące mieszkałem w tym mieszkaniu i miałem nieraz jakieś odczucia ale w myślach weź się uspokój i było wszystko ok. W 2016-17 roku śpię u siebie w mieszkaniu po czym budzi mnie ucisk i paraliż na całą lewą stronę ciała jak by ktoś za mną mnie wgniótł w łóżko. Stereotypowa zmora senna. Dopiero krzyk zwanie i ,że ma odejść przyniosło skutek. Po czym usnąłem od razu bez nerwów. Piszę o tym ponieważ Pan Robert wspominał w niejednym wywiadzie o podobnym przeżyciu. I teraz smaczek moje mieszkanie przylegało do kuchni mieszkania w którym mieszkał mój brat do 2012 roku. Ta sama kamienica, te same piętra, inne klatki schodowe. Od tamtej pory nic. Lecz oglądanie się przez ramie pozostało.

Wejście na pokład
Wiadomość z okrętu Nautilus
UFO24
więcej na: emilcin.com
Dziennik Pokładowy
FILM FN
Warto być uważnym i patrzeć w niebo
Archiwalne audycje FN
rozwiń playlistę
zwiń playlistę
Poleć znajomemu
Najnowsze w serwisie
Informacja dotycząca cookies: Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu logowania i utrzymywania sesji Użytkownika. Jeśli już zapoznałeś się z tą informacją, kliknij tutaj, aby ją zamknąć.


Rejestracja