Dziś jest:
Poniedziałek, 13 lipca 2020

Ten obiekt podleciał do mojego samolotu, obserwował mnie... Czy wierzę, że był pod inteligentną kontrolą? Absolutnie tak.
/fragment relacji pilota z archiwum płk Ryszarda Grundamana/

XXI Piętro
HISTORIE PRZESŁANE PRZEZ ZAŁOGANTÓW
Wyślij swoją historię - kliknij, aby rozwinąć formularz


Zachowamy Twoje dane tylko do naszej wiadomości, chyba że wyraźnie napiszesz, że zezwalasz na ich opublikowanie. Adres email do wysyłania historii do działu "XXI Piętro": xxi@nautilus.org.pl

Twoje imię i nazwisko lub pseudonim

Twój email lub telefon

Treść wiadomości

Zabezpieczenie przeciw-botowe

Ilość UFO na obrazie




Japonia: wracają duchy ofiar niszczycielskiego tsunami z 2011
Pon, 17 kwi 2017 19:21 komentarze: 1 czytany: 3267x

11 marca 2011 r. Japonia doświadczyła największej katastrofy naturalnej od 140 lat. Był piątek, godzina 14.46 czasu miejscowego, kiedy Japonią targa wstrząs o sile 9 stopni w skali Richtera, a po nim następuje ponad 20 niemniej silnych. Wielka fala tsunami wdziera się na 10 kilometrów w ląd, niszcząc wszystko na swojej drodze i zabijając tysiące osób.Kilka lat po tym kataklizmie w Japonii mamy nowe.......

czytaj dalej

11 marca 2011 r. Japonia doświadczyła największej katastrofy naturalnej od 140 lat. Był piątek, godzina 14.46 czasu miejscowego, kiedy Japonią targa wstrząs o sile 9 stopni w skali Richtera, a po nim następuje ponad 20 niemniej silnych. Wielka fala tsunami wdziera się na 10 kilometrów w ląd, niszcząc wszystko na swojej drodze i zabijając tysiące osób.

Kilka lat po tym kataklizmie w Japonii mamy nowe zjawisko - taksówkarze twierdzą, że zdarzają im się kursy z... duchami ofiar tsunami. Japońskie gazety co kilka tygodni publikują nowe relacje kierowców, którzy mieli okazję doświadczyć tego fenomenu.


Oto wiadomość, którą dostaliśmy na pokład okrętu Nautilus.

From: Kamil [dane do wiad. FN]
Sent: Friday, March 17, 2017 9:31 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Fragment - Ganbare! Warsztaty umierania

Drogi Nautilusie!
Tym razem czytam reportaż Katarzyny Boni - Ganbare! Warsztaty umierania. Jest to opowieść o Japonii.

Ganbare! to opowieść o kraju, gdzie zagrożenie katastrofą stało się normą, a normalne życie jest podszyte widmem śmierci. I o ludziach, którzy pięć lat po trzęsieniu ziemi, tsunami i wybuchu w elektrowni jądrowej próbują poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Niektórzy z nich nauczyli się nurkować i wciąż szukają szczątków bliskich na dnie morza. Inni, ignorując zagrożenie, usiłują żyć w napromieniowanym świecie, jakby nic się nie stało. Jeszcze inni rozmawiają z duchami. Albo zapisują się na warsztaty umierania.

Jest to wspaniały reportaż o skutkach katastrof. Spojrzenie mikro i makro na życie i problemy Japończyków po hekatombach: trzęsieniach ziemi, tsunami. Oprócz historii i liczb przede wszystkim jednostka i jej perspektywa, i nasze spojrzenie na odmienność kulturową przeżywania śmierci.

Przesyłam Wam skany fragmenty książki o;
- pojawiających się duchach, autostopowiczach widmo (zaczęło się 5 miesięcy po tsunami),  (wiem, już kiedyś o tym wspominaliście)
- itako - szamanki, rozmawiające z duchami - Pani Matsuda jedna z ostatnich itako
- historia mnicha Kanety i dziewczyny Yuko która zaczęła widzieć duchy po tsunami a nawet - weszły w jej ciało nie raz, mało tego duch psa także wszedł w jej ciało.

Relację są bardzo ciekawe i nie sądzę by był powód uznać je za żart.

Wydaje mi się że warto byłoby zaprezentować Czytelnikom serwisu ten fragment;

Ci, których ciał nie znaleziono – wracają.
Ci, których nie zidentyfikowano, a ich prochy złożono we wspólnym grobie –
wracają.
Ci, którzy nie załatwili ważnych spraw – wracają.
Ci, którzy są wściekli – wracają.
Ci, którzy kochają – wracają.
Ci, którzy nie zdają sobie sprawy z własnej śmierci – wracają.
Ci, których rodziny nie chcą puścić – nie mogą odejść.

Pozdrawiam Was!
Kamil






 








 







zwiń tekst



Nieśmiertelni są wśród nas?
Nie, 16 kwi 2017 08:20 komentarze: brak czytany: 3554x

To marzenie bliskie ludziom od tysięcy lat – zatrzymać proces starzenia i być wiecznie młodą, nieśmiertelną istotą ludzką. Czy możliwe, że wśród nas są nieśmiertelni?Nasza współczesna kultura opiera się na ciągłym poszukiwaniu piękna, dążeniu do piękna. Młodość, młody wygląd, sprawność fizyczna, aktywny tryb życia jest nierozerwalnie połączony z młodością, która jest najbardziej pożądaną cechą. Starość.......

czytaj dalej

To marzenie bliskie ludziom od tysięcy lat – zatrzymać proces starzenia i być wiecznie młodą, nieśmiertelną istotą ludzką. Czy możliwe, że wśród nas są nieśmiertelni?

Nasza współczesna kultura opiera się na ciągłym poszukiwaniu piękna, dążeniu do piękna. Młodość, młody wygląd, sprawność fizyczna, aktywny tryb życia jest nierozerwalnie połączony z młodością, która jest najbardziej pożądaną cechą. Starość jest wstydliwie skrywana, a jeśli nawet pojawia się w reklamach, to jest to „młodzieńcza starość”. Ludzie w zaawansowanym wieku wydają się być spragnieni młodości, co ukrywa tak naprawdę owo pragnienie uczynienia się nieśmiertelnym. Ludzie z zainteresowaniem słuchają opowieści Fundacji o tym, że człowiek posiada nieśmiertelną duszę, ale taka nieśmiertelność wydaje się ich mało interesować. Świat tak mocno osadzony w materii pragnie właśnie nieśmiertelności materialnej, cielesnej. Warto odnotować, że pierwszym skojarzeniem po usłyszeniu hasła „nieśmiertelność” dla wielu osób jest właśnie nieśmiertelność ciała. Warto sobie zadać pytanie: czy jest możliwe bycie nieśmiertelnym? Czy to możliwe, że na Ziemi żyją ludzie, którzy mają kilkaset, a może kilka tysięcy lat? Te pytania tylko pozornie wydają się absurdalne.

 Wybitny historyk Arnold Toynbee zauważył, że „przyznanie bogom nieśmiertelności przez ludzi jest jednym z wyrazów odczucia, iż śmierć jest niewłaściwym i niegodnym przeznaczeniem człowieka”. Przez stulecia liczni mędrcy i szarlatani obiecywali cielesne życie wieczne.

Dla chrześcijan i mahometan świat jest bytem realnym, do którego jesteśmy cieleśnie przywiązani. Religie monoteistyczne przewidują wprawdzie następny żywot w nagrodę za godziwe życie ziemskie, ale ma on być jednak życiem duchowym.

 Jednak kojarzenie życia wiecznego z cielesnością występowało od zarania cywilizacji: w kulturze egipskiej z ciał preparowano mumie, by ich dusze żyły tak długo, jak długo będą trwać mumie. Według hebrajskiej Biblii niezwykle długie życie mieli potomkowie Adama, a rekord długowieczności pobił Matuzalem (969 lat), syn Henocha, który żył „w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg”. W tych tajemniczych słowach Księgi Rodzaju badacze upatrują, że Bóg niektórych ludzi wyłącza spod ogólnego prawa śmierci.

 Jezus obwieścił, że przezwyciężył śmierć i zmartwychwstał cieleśnie. Nie był zatem tylko eterycznym duchem, o czym przekonał się niewierny Tomasz dotykając śladów po cielesnych ranach Zbawiciela. „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia”, podaje w Ewangelii św. Jan. Jednakże chrześcijaństwo od czasów św. Augustyna skupiało się na nieśmiertelności duszy, a nie mdłego, nieważnego ciała. Memento mori przenikało epoki historyczne aż do baroku.

 W początkach XVII w. objawiło się dziwne bractwo różokrzyża – wykwit chrześcijaństwa ezoterycznego, czyli dostępnego tylko dla wtajemniczonych. Głosiło ono, że istnieje od początków ludzkości i ma związek z prawiedzą tajemną m.in. starożytnego Egiptu. W 1614w niemieckim Kassel ukazała się książka zawierająca m.in. tajemnicze dziełko: „Fama Fraternitatis” (Głos Bractwa) i następne, będące manifestami wiary różokrzyżowców. Z tekstów wynikało, że założyciel bractwa Christian Rosenkreutz (Chrześcijanin Róży Krzyża) podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej w XIV w., studiując w Damaszku, Egipcie i Fezie tajne księgi, zrozumiał istotę świata. Był to rodzaj objawienia i zrozumienia doskonałej formy makro- i mikrokosmosu, w tym transfiguracji osobowości do nieśmiertelności.

 Po powrocie do Niemiec Christian utworzył stowarzyszenie trzech braci, którym w domu Ducha Świętego przekazał swą wiedzę, język magiczny, sztukę uzdrawiania ludzi. Po pewnym czasie Rosenkreutz wysłał ich w świat z tajną misją. Sześć reguł nakazywało wysłannikom m.in. dostosować się do kraju, w którym działali, używać pieczęci R.C., bezpłatnie uzdrawiać chorych, raz w roku wracać do siedziby Ducha Świętego, na 100 lat zachować w tajemnicy istnienie bractwa oraz wyznaczyć następców.

 Sam Rosenkreutz zdawał się być poza czasem, pomimo pozornej śmierci. Zgodnie z napisem nad kaplicą różokrzyżowego domu Ducha Świętego, dokładnie po 120 latach (od chwili jego śmierci), podczas przebudowy otwarto jego grobowiec. Wedle tekstu „Famy” przy kolistym ołtarzu znaleziono nietknięte zwłoki założyciela bractwa różokrzyża z pergaminową księgą w dłoni. Wokół narysowane były symbole i tajemnicze figury.

 Wedle tejże księgi Rosenkreutz, zwany przez różokrzyżowców Ojcem, miał poznać sekrety Nieba, Ziemi, Ludzkości, stając się strażnikiem królewskiego skarbu Arabii i Afryki, budowniczym miniaturowego modelu kosmosu oraz profetykiem (wieszczem i jasnowidzem), który zapisał wszelkie wydarzenia, w tym przyszłe. Księga w końcowym zdaniu przyrównywała zasługi Ojca Rosenkreutza do ziarna zasianego w sercu Jezusa.

Dowiedziawszy się tych prawd, bracia zamknęli grobowiec i znów rozproszyli się po świecie.  Dość skomplikowana doktryna różanego krzyża zakładała i zakłada przemianę ludzi do nieśmiertelności. Wpływ różokrzyża na ludzi był ogromny, choć pozornie niewidoczny.

Wiele osobistości – jak kardynał de Richelieu, Johann Wolfgang Goethe niepogodzony ze starzeniem się i śmiercią, szukający w „Fauście” i życiu nieśmiertelności, czy założyciele Stanów Zjednoczonych Franklin i Jefferson – związanych było z bractwem różokrzyża. Wcieleniem Rosenkreutza, noszącym tytuł imperatora, miał być sir Francis Bacon (1561–1626), angielski lord kanclerz, mąż stanu, twórca „Kolegium niewidzialnego” i dzieła o Nowej Atlantydzie. 

Z biegiem lat różokrzyżowcy na ziemi podzielili się całkiem ziemsko, ale ich wiara w przemianę do nieśmiertelności jest wspólna. Jan van Rijckenborgh, założyciel Lectorium Rosicrucianum, współczesnej kontynuacji ruchu różokrzyżowców, pisze, że szkoła duchowa różokrzyża zdąża do przekształcenia osobowości na „człowieka niebiańskiego”, a ukoronowaniem tej drogi jest osiągnięcie nieśmiertelności.

 Po tajemniczych słowach i księgach przyszedł czas na postaci – i to w epoce Rozumu i Światła. Marzenia o nieśmiertelności uosabiają najwyraźniej postacie XVIII-wiecznych hrabiów: Alessandro Cagliostra (Józef Balsamo) i Saint Germaina. Hrabia Cagliostro podawał się za urodzonego w dwa wieki po potopie i zapewniał, że wie, jak dożyć 5557 lat. Recepta przetrwała, kuracja ma trwać tylko 40 dni. Nie bierzemy odpowiedzialności za skutek, skoro sam Józef Balsamo zmarł w więzieniu jako szarlatan w 1795 r.

 Natomiast Saint Germain na dworze Ludwika XV w przytomności pani Pompadour, księżnych, markiz, kawalerów i uczonych twierdził, że rozmawiał z Mojżeszem. Że w Niniwie przebywał na dworze króla asyryjskiego Sardanapala w IX w. p.n.e. i że cudem wydostał się z oblężonej Niniwy, podczas gdy Sardanapal wraz z pałacem spalił się. Saint Germain opowiadał o tych zdarzeniach tak sugestywnie i pewnie, jakby był ich uczestnikiem; a mówił na przykład o osobistościach sprzed 2000 i więcej lat! Ale także o bliższych czasach: o królowej Marii Stuart, o Małgorzacie de Valois, o nocy św. Bartłomieja w 1573 r. Współcześni twierdzili, że nie złapano go nigdy na kłamstwie – a były to czasy sceptycznego Rozumu!

 Szkopuł w tym, że nie wiemy, kiedy i gdzie ów tajemniczy hrabia się urodził, w jaki sposób znalazł się w Londynie, a potem w Wiedniu na dworze cesarza i w Paryżu na dworze Ludwika XV. Ponoć przewidział rewolucję 1789 r., ścięcie Marii Antoniny i epokę napoleońską, po czym znikł. Madame d’Adhemar zobaczyła nieoczekiwanie hrabiego 16 października 1793 r., gdy ścięta głowa królowej toczyła się do kosza; nie postarzał się zupełnie.

Wierzyć relacji madame czy nie? Czy nieśmiertelny hrabia zrodził się w nudzących się  główkach dworskich niewiast? Postać cudownego człowieka przewija się także w innych przekazach: w listach Fryderyka II Pruskiego, Woltera, ministra brytyjskiego Horacego Walpole’a, w pamiętnikach Casanovy. Hrabia Saint Germain podobno brał udział w powstaniu Stanów Zjednoczonych; hrabiego uważano za różokrzyżowca i masona, co zapewne nie mijało się z prawdą. Dokonywał ponoć rzeczy niezwykłych: tajemniczą herbatką miał uleczyć rodzinę carską, a potem całą armię rosyjską i ludność Hesji. Eliksir wręczony madame de Geoffrin miał sprawić, że potem przez 25 lat sprawiała wrażenie osoby 25-letniej. Sądzono, że znalazł receptę na długowieczność, a nawet nieśmiertelność. Bez wątpienia był znakomitym alchemikiem, któremu Ludwik XV udostępnił w Chambord laboratorium. Chwalił się, że zna wschodnie techniki przedłużania życia. W aktach kościoła parafialnego w Eckenforde zapisano jednak, że zmarł na zamku Hessen-Kassel 27 lutego 1784 r.

 Nie znikł jednak zupełnie, a przynajmniej pozostał w świadomości, pozostawiając po sobie przypisywaną mu „Złotą Księgę”. Niedawno wydano ją w Polsce. Jej konstatacje nie różnią się od sposobów stosowanych w psychoanalizie! Obecnie wieczny hrabia ma żyć pod postacią Marka L. Propheta w Stanach Zjednoczonych, tworząc bractwo strażników płomienia, „by kontynuować publikowanie Nauk Wniebowstąpionych Mistrzów”. Mistrz Prophet (po polsku Prorok) twierdzi, że nieśmiertelny hrabia kontaktując się z duszami światłości na całym świecie usiłuje zapobiec III wojnie światowej, złowieszczym przepowiedniom Nostradama, objawieniom fatimskim i Apokalipsie.

 Najbardziej jednak zadziwiające w tej historii było spotkanie Saint Germaina w 1779 r. z doktorem Franzem Mesmerem. Podobno w Berlinie na dworze księżniczki Amalii Pruskiej hrabia przekazał doktorowi tajemnice dotyczące naszej podświadomości. Otworzyło to drogę nie tylko mesmerowskiej hipnozie, ale naukowej psychologii i freudyzmowi. Oszalały od cierpień psychicznych świat od końca XIX w. mógł się wreszcie leczyć z nerwic, blednic, migren, depresji, kompulsji, uzależnień, psychoz i innych dolegliwości – przez słowa oddziałujące na podświadomość.

 

 

Temat nieśmiertelności jest ciągle aktualny. W Stanach Zjednoczonych Leonard Orr dowodził, że „śmierć jest bezużytecznym przyzwyczajeniem, złym nawykiem”. Podróżnik i badacz, odmładzający się bezustannie od 1961 r., podczas wędrówek po Indiach odnalazł ponoć joginów żyjących co najmniej 300 lat; niektórzy przyznawali się nawet do wieku 2 tys. lat.

 

Jednakże długowieczność, a może i nieśmiertelność wymagają wielu poświęceń: jogini izolują się od wibracji śmierci wydzielanych ponoć przez ludzkie ciała, żyją naodludziu, w jaskiniach. Leonard Orr zalecał więc tzw. rebirthing, tworząc w 1974 r.

Ruch Świadomego, Energetyzującego Oddychania i uwolnienie się od wszelkich urazów, jakich nie szczędzi nam dzieciństwo i życie. Receptą jest duchowe oczyszczenie się w prawdzie, miłości i prostocie oraz nietłumienie emocji i uczuć. Orr domagał się też legalizacji transfiguracji: dematerializacji i ponownej materializacji ciała fizycznego.

 Jego przekonania pokrywają się ze słowami tajemniczych osobników Charlesa P. Browna, Bernadeane Sittser i Jamesa R. Strole’a, którzy zapewniają na mityngach i w książce wydanej w 1990 r., że „Każdy może żyć wiecznie”. Sami mają być tego dowodem. Kluczem do nieśmiertelności wedle CBJ, czyli nowych nieśmiertelnych, ma być uznanie boskości za własną, gdyż Bóg dał nam cielesną nieśmiertelność. „W rzeczywistości nie ma żadnego życia poza ciałem” – sądzi nieśmiertelna Bernadeane. „Inne wymiary, zaświaty, tak naprawdę w ogóle nie istnieją. Są jedynie tworem myślącego ciała... Kiedy człowiek zbudzi się ku fizycznej nieśmiertelności, nie chce już żadnego innego życia”. Aby jednak podtrzymać wymianę międzykomórkową, gwarantującą nieśmiertelność, potrzebna jest organizacja wieczystych i taką CBJ stworzyli: Eternal Flame Foundation, Fundacja Wiecznego Płomienia w Scottsdale w Arizonie. Wysokości składek nie znamy.

Kwestię nieśmiertelności rozważa się jednak nie tylko w księgach paranauki i mistyki. Niemiecki publicysta naukowy Ernst Meckelburg na podstawie własnych przemyśleń i dowodów, a głównie analizy amerykańskiego programu Death and Dying (Śmierć i umieranie) z 1992 r. zapewnia nas także, że „jesteśmy nieśmiertelni” jako „zaprogramowany na wieczność biokomputer”, a „świadomość jest katapultą do hiperświata”. Przytacza na to wiele dowodów. Andrzej Szyszko Bohusz, w 1996 r. profesor AWF w Krakowie, przekonany jest (nieco intuicyjnie – jak napisał we wstępie) do „substancji świadomości nie podlegającej zmianom” i „nieśmiertelności genetycznej” osobników o wspólnej genezie.

 Teza ta pasowałaby do przekonań Carla Gustava Junga, który odkrył istnienie archetypu nieświadomości zbiorowej. W podświadomości mamy zachowane wspólne przeżycia, traumy, zachowania z przeszłości. Czy to też jest element naszej nieśmiertelności?

 Ludziom trudno pogodzić się nie tylko z własną śmiercią, ale i wielkich tego świata. Elvisa Presleya, pomimo aktu zgonu, pogrzebu i wystawienia grobowca, jego fani widzieli nieraz: twierdzą, że żyje, ukrywa się. Niczym przed pół tysiącem lat: w 1444 r. wielu Europejczyków nie wierzyło, że Władysław, król niemal połowy ówczesnego świata chrześcijan, zginął pod Warną. Natomiast wierzono powszechnie, że ukrywał się ze wstydu za złamanie traktatu z Turkami i za poniesioną klęskę. Całkiem niedawno Zbigniew Święch podał, że król Polski i Węgier żyje jako ciało astralne, gdyż jego wawelski sarkofag „oddycha”.

 Nieśmiertelność dusz albo istnienie transcendentalnych bytów pojawia się w przytłaczającej większości religii świata i w wielu systemach filozoficznych. Nawet w neokonfucjanizmie jest to przeistaczanie się niepewnego umysłu, wahającego się między dobrem a złem, w doskonały Umysł Niebiański. Warunkiem tego są małe kroki w medytacji albo objawienie. W taoizmie kontemplacja ma służyć przekroczeniu granic egzystencji:

„wykradzenia tajemnic Niebios i Ziemi”, by wyczytać z niej sekret życia i osiągnąć nieśmiertelność. Obietnicę raju zna każdy chrześcijanin.  Wszystkie dążenia do nieśmiertelności wymagają, jak się okazuje, ogromnej pracy nad sobą bądź  przestrzegania 10 przykazań, modlitwy, wyrzeczeń – jak w judeochrześcijaństwie, bądź głębokiej medytacji – jak w religiach Wschodu. A tego leniwym ludziom na ogół się nie chce.




zwiń tekst



Nie wolno ci zerwać tych kwiatów!
Pt, 14 kwi 2017 06:05 komentarze: 2 czytany: 3475x

 Mam na imie Aneta. Mieszkam w pewnej malej wsi. Od lat interesuje sie zjawiskami paranormalnymi, UFO, kosmosem itp... Kiedy mialam ok. piec lat poszlam z moim bratem i kuzynem, ktory wtedy u nas byl, do sklepu... Nie poszlismy droga glowna lecz polną. Kiedy przechodzilismy obok sadu pewnego panstwa zamieszkalych w mojej miejscowosci zobaczylam rosnace tam kwiaty. Nie wiedzialam wtedy jeszcze.......

czytaj dalej

 Mam na imie Aneta. Mieszkam w pewnej malej wsi. Od lat interesuje sie zjawiskami paranormalnymi, UFO, kosmosem itp... Kiedy mialam ok. piec lat poszlam z moim bratem i kuzynem, ktory wtedy u nas byl, do sklepu... Nie poszlismy droga glowna lecz polną. Kiedy przechodzilismy obok sadu pewnego panstwa zamieszkalych w mojej miejscowosci zobaczylam rosnace tam kwiaty.

Nie wiedzialam wtedy jeszcze ze jest to sad; myslalam ze jest to zwykly maly lasek. Krzyknelam do brata ze zerwe te kwiaty i dam mamie i wtedy uslyszalam pewiem bardzo wyrazny glos... Nie pochodzil z jakiegos konkretnego miejsca; byl wszedzie! Słyszałam go bardzo wyraznie. Głos ten nalezal do jakiejs dziewczyny. Powiedziala mi,że nie moge zerwac tych kwiatów poniewaz zasadzila je ona dla swojego ojca.

Na poczatku nie przestraszylam sie jej, ale po pewnym czasie zaczelam o tym myslec. Nie powiedzialam o tym nikomu. Kiedy, po dlugim, czasie zapytalam sie mojego brata czy to pamięta odparl, ze nie i ze na pewno sobie cos wymyslilam...Niedawno zwierzylam sie z tego mojej babci, a ona powiedziala mi ze kiedys mieszkal tam pewien pan ktory mial corke...W zwiazku z tym zwracam sie do Państwa z pytaniem: Czy mogło to być naprawde jakies spotkanie z duchem, czy tez moze mogl byc to tylko glupi kawal? Jednak przypominam, ze ten glos nie wydobywal sie z zadnego konkretnego miejsca, tylko byl wszedzie wokol mnie!


Od FN

Jest wielce prawdopodobne, że był to głos nieżyjącej fizycznie córki byłego właściciela ogrodu.



zwiń tekst



Mgła
Czw, 13 kwi 2017 09:38 komentarze: 5 czytany: 2952x

Szanowna Zalogo Nautilusa Chcialbym podzielic sie moja historia, ktora sie wydarzyla, aczkolwiek malo kto da temu wiare, bo wiele razy bylem wysmiewany i pukano sie w czolo gdy opowiadalem co mi sie przytrafilo, co prawda sam nie do konca rozumiem co sie stalo, i dobrze by mi ktos wyjasnil.Znalazlem kilka podobnych historii na stronie Nautilusa, chodzi o zaginiecia we mgle, lub zaburzenia poczucia.......

czytaj dalej


Szanowna Zalogo Nautilusa
Chcialbym podzielic sie moja historia, ktora sie wydarzyla, aczkolwiek malo kto da temu wiare, bo wiele razy bylem wysmiewany i pukano sie w czolo gdy opowiadalem co mi sie przytrafilo, co prawda sam nie do konca rozumiem co sie stalo, i dobrze by mi ktos wyjasnil.

Znalazlem kilka podobnych historii na stronie Nautilusa, chodzi o zaginiecia we mgle, lub zaburzenia poczucia czasu i przestrzeni, mnie to dotknelo. Zdarzylo sie to 30 lat temu, wiosna 1987 lub 1988 roku, koniec kwietnia lub poczatek maja, pamietam, ze trzeba bylo za komuny isc w pochodzie pierwszo majowym, czego nikt nie lubil i na pare dni przed jak i po swiecie jeszcze o tym dyskutowano, a zdarzylo sie to w okolicach 1 Maja. Dzisiaj mieszkam za granica, brak polskich czcionek widac w emailu, to efekt "uboczny".

Sprawa ktora opisze, nie lubie tego, bo to byl wrecz koszmar, snilo mi sie potem wiele razy, i mam wstret do mgly, przez wiele lat po prstu balem sie mgly. CO sie wydarzylo? Tego dnia wybralem sie na wies, do rodziny, mialem dlug ktory wtedy oddalem, pojechalem na wies, na weekend, w sobote wybralem sie pieszo na sasiednia wies, do dalszej rodziny, po prostu odwiedzic, odleglosc moze 2-2,5 km, zwykle zajmowalo mi to jakies 30-45 minut marszu, w niedziele rano juz wracalem.

Kkilka minut po 9tej rano wyszedlem,  poniewaz po poludniu mialem powrotny autobus, no i przytrafilo mi sie, cos czego nie rozumiem, mianowicie: na odcinku ktory wracalem "pochlonela mnie mgla" "zagubilem sie we mgle" jak moge to okreslic, czy jakos tak, po prostu sobie szedlem, asfaltowa droga, bylo chlodno, po drodze pasemka mgly, rzadkiej mgly, przy drodze pastwiska, na nich krowy, i w odali jakis row melioracyjny czy cos takiego, stamtad te pasemka mgly szly, nagle w pewnym momencie, w jednym z takich przejrzystych obloczkow mgly zrobilo sie bardzo gesto, co mnie mocno zdziwilo, bo kilka sekund wczesniej widzialem na wylot przez te mgle, tak rzadka byla.


A tu nagle jak wyciagnelem reke przed siebie to palcow nie widzialem, mocno mi sie to nie spodobalo, bo mogl mnie samochod najechac przy takiej widocznosci, do tego przy drodze byl row z woda i blotem, a nie chcialem wpasc w row, i zostawic but w blocie, jak mi sie juz kiedys przytrafilo, bo buty za komuny to bylo "dobro luksusowe", wiec bardzo powoli zaczelem stawiac kroki przed siebie wyczuwajac asfalt i nadstawiajac ucha (jadace samochody), nagle w ktoryms momencie stracilem twardy asfalt pod nogami, zrobilo sie miekko jakby trawa, zaczelem sie obawiac ze zaraz wpadne do przydroznego rowu z woda, zaczelem isc bardzo powoli w tej mgle, kilkanascie moze krokow zrobilem i mgla zaczela sie rozrzedzac.

Przeswity sie pojawily, poczulem ulge, jeszcze kilkanascie krokow i wyszedlem z mgly. Oslupialem, zobaczylem zupelnie inny krajobraz niz wczesniej mi znany, wczesniej widzialem  w oddali wioske, domy, obok mnie zaraz przy drodze pastwiska, krowy na nich, daleko las, a teraz pustkowie, doslownie nic, plaski po horyzon teren, pusty, zadnych domow, wsi, asfaltowej drogi, krow, nic, tylko cos jak step, suchy step, krotka wyschnieta trawa, jednostajny krajobraz, kilka pojedynczych drzew w oddali, teren plaski po horyzont, myslalem ze zabladzilem w tej mgle, ale nigdzie w Polsce nie ma takiego krajobrazu, nie moglem odejsc daleko od drogi,a  tu nawet tej drogi nie bylo, totalne pustkowie, zaniepokoilem sie gdzie ja jestem, mgla sie gdzies rozwiala a ja zadnych ludzi nawet nie widzialem, postanowilem isc przed siebie w nadziei ze kogos spotkam to sie zapytam gdzie jestem, zaczelem tak isc przed siebie, i to sporo, i nic nie natrafialem, ciagle ten jednostajny step, zadnych drog, budynkow, nic, zadnych sladow dzialanosci czlowieka, zadnych zwierzat, dzikich, ani gospodarskich, nawet ptaki tam nie lataly.

Mocno sie zaniepokoilem tym, zrobilo mi sie goroco, wczesniej jak wyszedlem z domu bylo chlodno, mialem na sobie kurtke,a teraz musialem ja zdjac, bylo parno i goroco, mimo ze slonca nie widzialem, niebo bylo jednolicie szare, zadnego slonca przez chmury, duszno i goroco, szedlem dosc dlugo i niczego nie znalazlem, mocno sie tym przestraszylem, nie rozumialem tego jak ja moglem zabladzic we mgle i gdzie sie znalezc, jak sie tym marszem zmeczylem, ustalem zeby odpoczac, wtedy znow przede mna pojawila sie mgla, nie spodobalo mi sie to, skad tam mgla, nie bylo tam widac zadnej wody tylko ten suchy step, a tu mgla plynie na mnie, chcialem uciekac ale zmeczenie wzielo gore i mgla mnie ogarnela, stanelem w miejscu mocno tym przetraszony i czekalem co sie stanie.

Mgla sie zaczela robic przejrzysta, az  nie moglem uwierzyc wlasnym oczom, znow bylem  w znajomym miejscu, obok asfaltowej drogi, na pastwisku, kilkanascie krokow od miejsca gdzie po raz pierwszy mgla mnie ogarnela, bylem zmeczony i spocony, z kurtka na ramieniu, ale sily mi wrocily i migiem przeskoczylem przydrozny row i pomaszerowalem do domu rodziny, jak wszedlem spojrzalem na zegar, dochodzila trzynasta, wyszedlem z drugiej wioski kilka minut po 9tej, i odcinek ktory zwykle moglem przjesc przz pol godziny(max, 45 minut) przeszedlem w ponad 3 h, gdzie ja bylem? w tamtej okolicy ani nigdzie w Polsce nie ma takiego stepu, jezeli ide jakies 4 km/h to powinienem przejsc jakies 12 km, a przeszedlem na tej drodze i lace we mgle kilkadziesiat krokow, jak ja znalazlem sie na tej lace skoro bylem na asfaltowej drodze, i odzielal mnie przydrozny row z woda, w tej mgle nei wpadlem w niego a jakos sie te kilkadziesiat krokow przemiescilem, co sie ze mna tam stalo, czy ktos mi to moze wyjasnic bez pukania sie w czolo?

Wiele razy sie zastanawialem nad tymi pytaniami. Jakt o powiedzialem ludziom to zaraz zaczely sie smiechy ze mnie, tacy ludzi sa, pytano sie ile i co wypilem, naprawde, nie pilem tamtego rana zadnego alkoholu, narkotykow w tamtych czasach nie bylo, o nadprzyrodzonych rzeczach za komuny sie nie mowilo. Naprawde, potem mialem koszmary, snilo mi sie ze ja na tym stepie umieram z pragnienia i glodu, przez wiele lat balem sie mgly, balem sie ze jak wejde to z drugiej strony zobacze cos innego,
Czy ktos mi to wyjasni?
pozdrawiam
 
Tomasz [dane do wiad. FN]




zwiń tekst



Zbieg okoliczności? Nie istnieje.
Czw, 13 kwi 2017 03:31 komentarze: 3 czytany: 2375x

Szanowna Redakcjo, Chciałbym podzielić się z Wami pewnym odczuciem, którego doznałam podczas oglądania wywiadu z kapitanem bałtyckiego kutra, który przeżył spotkanie z istotami pozaziemskimi. /materiał prezentujemy na końcu tekstu - przyp. FN/ W pewnym momencie wspomina on, że gdy obiekt odleciał, nikt na kutrze nie uznał tego zdarzenia za niezwykłe i ekscytujące, wszyscy dokładnie wiedzieli z czym.......

czytaj dalej

Szanowna Redakcjo,
Chciałbym podzielić się z Wami pewnym odczuciem, którego doznałam podczas oglądania wywiadu z kapitanem bałtyckiego kutra, który przeżył spotkanie z istotami pozaziemskimi. /materiał prezentujemy na końcu tekstu - przyp. FN/
W pewnym momencie wspomina on, że gdy obiekt odleciał, nikt na kutrze nie uznał tego zdarzenia za niezwykłe i ekscytujące, wszyscy dokładnie wiedzieli z czym mieli do czynienia i przeszli nad tym do prządku dziennego.
Ja od dziecka bardzo lubię obserwować gwiazdy, wypatruję spadających...

Kilka lat temu (może dwa, może cztery...), w ciepłą noc jak zwykle wychodząc na zewnątrz spojrzałam w niebo i zobaczyłam "poruszającą się" gwiazdę, byłam przekonana że to spadająca gwiazda, dlatego przystanęłam i czekałam aż zniknie. Ona jednak się zatrzymała, trwała chwilę w danym miejscu, po czym jakby odleciała. A ja pomyślałam (dokładnie, pamiętam zdanie które wtedy pomyślałam), że to jakaś dziwna gwiazda, która spada nie w kierunku ziemi... I wróciłam do swoich zajęć.

Cały czas wiedziałam, że w moim umyśle jest to wspomnienie, ale nie było ono żadną miarą istotne. Dopiero niedawno (kilka miesięcy temu) przyszło mi do głowy, że to nie była ani gwiazda, ani z pewnością samolot (to było wielkości większej gwiazdy, coś jak Wenus, i nie migało). Wypowiedź pana kapitana dokładnie oddaje moje odczucia wobec tego co widziałam, nie było to w żaden sposób niezwykłe, tak jakby nie warte aby zajmować tym myśli.

Teraz tylko zadaję sobie pytanie, dlaczego niedawno, w naprawdę krótkim okresie czasu, przypomniałam sobie o tym, połączyłam to z jakimkolwiek obiektem nieznanym i dowiedziałam się o Waszym istnieniu?
Zbieg okoliczności, chociaż ja to już przestaje wierzyć, że coś takiego istnieje....
Pozdrawiam serdecznie :-)
Aga [dane do wiad. FN]


.... materiał wideo, o którym wspomina nasza czytelniczka



zwiń tekst



W tym domu czuję czyjąś obecność
Wt, 11 kwi 2017 07:34 komentarze: 4 czytany: 2146x

Szanowna Redakcjo      Chciałam opisać ciekawy przypadek. Ma to miejsce gdzie obecnie pracuję. Mieszkam obecnie w Niemczech a pracuję jako opiekunka osób starszych. Z racji wykonywanej pracy mieszkam z moją podopieczną w domu jednorodzinnym. Pracuję w tym miejscu od grudnia 2016. Odkąd przyjechałam i zamieszkałam w domu wciąż czuje czyjąś obecność. Dom jest piętrowy. Podopieczna.......

czytaj dalej

Szanowna Redakcjo
      Chciałam opisać ciekawy przypadek. Ma to miejsce gdzie obecnie pracuję. Mieszkam obecnie w Niemczech a pracuję jako opiekunka osób starszych. Z racji wykonywanej pracy mieszkam z moją podopieczną w domu jednorodzinnym. Pracuję w tym miejscu od grudnia 2016. Odkąd przyjechałam i zamieszkałam w domu wciąż czuje czyjąś obecność. Dom jest piętrowy. Podopieczna z mężem mieszkają na parterze ja na piętrze.Wcześniej na tym piętrze mieszkała matka mojej pacjentki,która zmarła w tym domu.
     Odkąd przyjechałam odczuwam ze ktoś mnie obserwuje. Nie przejmuję sie tym jednak parę dni temu stało się coś dziwnego. Po godz 23 poczułam silny smród spalenizny, takiej kiedy coś przypala się na patelni. Myślałam że mąż pacjentki smaży coś. Zeszłam na dół zapytałam czy coś się przypaliło. On jednak stwierdził ze nic nie gotuje, zresztą widziałam to. Wróciłam do siebie otworzyłam okna lecz w żaden sposób nie mogłam się pozbyć smrodu. Ustąpiło to dopiero po jakiejś godzinie. Zauważyłam że drzwi czasem huśtają się delikatnie, mimo braku przeciągu.
     Inne zjawisko to fakt że przez jakiś czas wciąż coś mnie budziło o 3 w nocy, zawsze 3:00 lub 3:10. Czułam że ktoś jest w pokoju. Umowę mam do końca lipca,nie wiem jak to bedzie wyglądało, moje zdrowie tez się pogorszyło.
Pozdrawiam
Anna

OD FN

Jedna uwaga przy okazji tej relacji - smród spalenizny jest bardzo często związany z duchem osoby, która kiedyś zamordowała człowieka. Tacy ludzie w momencie śmierci boją się pójść w stronę światła, gdyż obawiają się "piekła i kary". Pozostają na ziemi i w ten sposób często powstają nawiedzone domy czy miejsca. Dlaczego akurat morderstwo czasami wiąże się ze smrodem spalenizny? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ale warto wiedzieć, że także taki smród wydzielają ręce żyjących morderców, choć mogą go poczuć tylko media i osoby obdarzone silnym darem jasnowidzenia.



zwiń tekst



Sny z udziałem zmarłych
Pt, 7 kwi 2017 22:22 komentarze: 1 czytany: 2518x

 Kiedyś prowadziłam dziennik snów, ale było ich tyle, z braku czasu zaniedbałam jego prowadzenie a teraz myślę, by do tego powrócić. Chciałabym tylko zaznaczyć, że byłam ukochaną wnuczką moich Dziadków, byłam z Nimi bardzo emocjonalnie związana, bardzo przeżyłam Ich śmierć, a Dziadkowi pozwoliłam odejść dopiero 12 lat po Jego śmierci. Teraz kilka snów: 31.12.1998 - przyśnił mi się mój Dziadziuś.......

czytaj dalej

 Kiedyś prowadziłam dziennik snów, ale było ich tyle, z braku czasu zaniedbałam jego prowadzenie a teraz myślę, by do tego powrócić. Chciałabym tylko zaznaczyć, że byłam ukochaną wnuczką moich Dziadków, byłam z Nimi bardzo emocjonalnie związana, bardzo przeżyłam Ich śmierć, a Dziadkowi pozwoliłam odejść dopiero 12 lat po Jego śmierci.

Teraz kilka snów: 31.12.1998 - przyśnił mi się mój Dziadziuś i powiedział mi chronologicznie ważne wydarzenia dla mnie z mojego życia, które nastąpią w ciągu najbliższych 7 lat. Nie podawał dat, mówił co się wydarzy. Bez szczegółów. Tylko same wydarzenia. narodziny mojego dziecka, rozwód, śmierć mojej Babuni a Jego żony, moja przeprowadzka. Faktycznie wszystko tak się stało. 26.09.2001 - w pierwszą noc po pogrzebie przyśniła mi się Babunia, podziękowała mi za zorganizowanie pogrzebu, stypy, podziękowała mi za moją pomoc ( choć przed śmiercią wielokrotnie dziękowała mi za opiekę ).

Dodała, że " wszystko było tak jak chciałam, bardzo cię kocham, jestem z wami". Powiedziała " ja jestem z Wami, ja żyję".

W tą samą noc przyśniła się również mojej Mamie, również powiedziała, ze bardzo Ją kocha, ze dziękuje. Moja Mama powiedziała Babci o Jej dowodzie osobistym, że jest już zniszczony i co teraz? Na co Babunia odparła: " ja żyję, ale dowód nie jest mi potrzebny. Dobrze wszystko załatwiłyście. Ja żyję Córciu i bardzo cie kocham." 20.05.2004 – ja prawie 30 letnia wówczas kobieta byłam na wczasach z moją Babcią.

Wszystko wyglądało identycznie jak wtedy kiedy miałam 7 lat i byłam w tym miejscu z Babcią na wczasach. Widziałam siebie jako dziecko, w tamtych latach kiedy faktycznie to się działo. Jak byłam dzieckiem, Dziadek wówczas z nami nie pojechał na wczasy, bo nie dostał wolnego w pracy a teraz w moim śnie się pojawił i powiedział: „ Masz jakąś ważną misję do wykonania w swoim życiu, a jeszcze tego nie zrobiłaś – to wszystko przed Tobą.”

Do dnia dzisiejszego nie wiem o jaką moją misję chodzi. 21.05.2004 – śnili mi się moi zmarli Dziadkowie i moja zmarła Ciocia a Ich córka. Byliśmy wszyscy przed szkołą podstawową, do której w dzieciństwie chodziłam a teraz zbliżał się czas kiedy moje dziecko miało pójść do szkoły. W śnie Dziadziuś powiedział mi, ze będzie się moim dzieckiem cały czas opiekował i żebym się nie bała. Sierpień 2004

– Babunia powiedziała mi telepatycznie oczami, że mam zdolność widzenia aury. „ moje imię, ty to umiesz”. Ja na to: „ Nie, Babciuń. Ja tego nie umiem” a Babunia odpowiedziała: „ Umiesz. Mówię, że to umiesz tylko ty w siebie nie wierzysz”. Od tamtego czasu co jakiś czas przez jakiś okres czasu widzę aurę ludzi, kolor, grubość. W następnym mailu jeśli jesteście Państwo zainteresowani opiszę kolejne sny. W tym również o reinkarnacji. Zmarli wracają do naszego świata w postaci naszych dzieci. Także o dzieciach, które czekają na pozwolenie przyjścia do naszego świata. Pozdrowienia dla ZN. A.




zwiń tekst



Ten żołnierz co teraz idzie będzie twoim bratem w kolejnym wcieleniu!
Czw, 6 kwi 2017 09:10 komentarze: 2 czytany: 2811x

Chciałbym opisać swoją niezwykłą historię, która zaczęła się prawie ćwierć wieku temu i nie daje mi spokoju do dziś.... Wszelkie opisy przykładów synchroniczności bledną w obliczu tej historii. Otóż gdzieś w roku 1992 miałem dziwny i bardzo realistyczny sen. Znajdowałem się na brukowanej ulicy w jakimś mieście, był zachód słońca. Rozglądałem się wokół, patrzyłem na kamienice po lewej stronie ulicy.......

czytaj dalej

Chciałbym opisać swoją niezwykłą historię, która zaczęła się prawie ćwierć wieku temu i nie daje mi spokoju do dziś.... Wszelkie opisy przykładów synchroniczności bledną w obliczu tej historii. Otóż gdzieś w roku 1992 miałem dziwny i bardzo realistyczny sen. Znajdowałem się na brukowanej ulicy w jakimś mieście, był zachód słońca. Rozglądałem się wokół, patrzyłem na kamienice po lewej stronie ulicy, na drzewa w jakimś parku po prawej, na wprost było widać jakiś kościół... To nie były dzisiejsze czasy z pewnością..I nagle dał się słyszeć dziwny rytmiczny dzwięk. Spojrzałem na wprost i zobaczyłem oddziały żołnierzy w dziwnych uniformach.

Stałem jak wryty a żołnierze szybko zbliżali się do mnie i przechodzili przeze mnie jak by mnie nie było..I nagle usłyszałem w swojej głowie głos: "Ten żołnierz co teraz idzie będzie twoim bratem w następnym wcieleniu" Spojrzałem wnikliwie na wprost i zobaczyłem wysokiego czarnowłosego żołnierza, który rozglądał się na boki, widziałem szczegóły jego munduru, guziki, epolety. Nie spojrzał na mnie lecz tak jak inni przeszedł przeze mnie...a potem się obudziłem, ale nie mogłem tego snu zapomnieć.

Za jakieś dwa lata byłem w Kielcach na badaniach okulistycznych bo zaczynała mi się zaćma. Po badaniach wstąpiłem do małej pobliskiej księgarni i zobaczyłem na ścianie małą reprodukcję. Coś mi ten obraz przypominał, więc go kupiłem, przywiozłem do domu i położyłem bo jak na razie to z bliska niewiele widziałem. Za rok miałem pierwsza operację zaćmy a znów za rok drugą.. Jak już przejrzałem na oczy to przypomniałem sobie o tej reprodukcji i ją obejrzałem dokładnie z bliska. Jakie było moje zdumienie, gdy stwierdziłem, że jest to sceneria z mojego snu.

Gdy dokładnie sie przyjrzałem szczegółom, to zobaczyłem nawet szeregi żołnierzy maszerujących na końcu ulicy. Byłem pewien, że to miasto i sytuacja z mojego snu. Ponieważ znów gdzieś za rok wróciłem do pracy zeskanowałem sobie ten obraz i ustawiłem jako tło pulpitu. A któregoś dnia odwiedził mnie w pracy brat, siadł koło mnie a potem spojrzał na ekran komputera, po czym dosłownie zerwał się z niego i zapytał mnie głośno: "skąd masz ten obraz, ta sceneria śni mi się prawie co noc, jestem w tym śnie żołnierze, tam dalej jest garnizon a tym kościele codziennie się modlę". To co mnie najbardziej zaskoczyło, to modlitwy mojego brata, bo w obecnym życiu raczej rzadko chodził do kościoła nie mówiąc o modlitwie. Gdy mu opowiedziałem historię tego obrazu był bardzo roztrzęsiony.

Wyrażam zgodę na publikację tej historii, tylko nie bardzo wiem jak wkleić ten obrazek bo chyba jest za mało miejsca. Według informacji na odwrocie reprodukcji to namalował go Wilhelm Brucke malarz niemiecki (1820 - 1870) Berlin - widok na garnizon i ogród. A nawiasem mówiąc, brat dobrze znał niemiecki i nie wiedział dlaczego. Teraz niestety brat nie żyje, został w ubiegłym roku zamordowany dla zabawy i do tej pory toczą się postępowania karne.

OD FN

Poprosiliśmy autora historii o zrobienie zdjęcia tego obrazu i przysłanie go naszej redakcji. Oto skany tego obrazu.






zwiń tekst



UFO nad Morskim Okiem w 1994 roku - relacja świadka
Śr, 5 kwi 2017 06:15 komentarze: brak czytany: 1886x

Było to w drugiej dekadzie października 1994 roku. Około czwartej rano byłem już dość wysoko, powyżej Czarnego Stawu nad Morskim Okiem, nieco poniżej Kazalnicy, gdzieś na wysokości 1900–2000 m n.p.m. Powietrze było nieruchome, noc gwiaździsta, bezksiężycowa. Było bezchmurnie, a dużo poniżej w dolinach ścieliły się mgły. Raptem pomyślałem: „ktoś wystrzelił rakietę”, a zaraz potem pomyślałem: „rakieta.......

czytaj dalej

Było to w drugiej dekadzie października 1994 roku. Około czwartej rano byłem już dość wysoko, powyżej Czarnego Stawu nad Morskim Okiem, nieco poniżej Kazalnicy, gdzieś na wysokości 1900–2000 m n.p.m. Powietrze było nieruchome, noc gwiaździsta, bezksiężycowa. Było bezchmurnie, a dużo poniżej w dolinach ścieliły się mgły. Raptem pomyślałem: „ktoś wystrzelił rakietę”, a zaraz potem pomyślałem: „rakieta nie schodziłaby w dół”. A od północnej strony na niebie zapaliło się jasne światło.

Zapaliło się znienacka, w idealnej ciszy. Zdjąłem plecak z myślą o wyjęciu aparatu, ale pomyślałem, że nie zdążę go wyjąć i sfotografować, więc odłożyłem plecak na ziemię. A wokół skały zrobiły się niemal białe od światła jasności płonącej magnezji. Miałem wrażenie, że krąg rozjaśnionych skał rozciągał się w promieniu kilkunastu metrów ode mnie. Po chwili pociemniało, spojrzałem w górę i na tle ciemnego nieba ujrzałem schodzącą skośnie w dół, od lewej do prawej, około 20 stopni odchylenia od pionu, szarą smugę. Wciąż była idealna cisza. Nie pamiętam już, po jakim czasie wziąłem plecak i ruszyłem w dalszą drogę. Pamięć rejestruje, że idę w górę z plecakiem na grzbiecie.

Dziwne, że nie pamiętam, jak długo po tym zdarzeniu stałem w miejscu, a pamiętam myśli, jakie mi przychodziły i odłożenie plecaka w czasie, gdy to trwało. Zupełnie, jakby się zmieniły proporcje czasu, Przecież meteor nie może spadać tak długo, żeby można pomyśleć tak wiele – nawet jeśli myśli znacznie przyspieszyły. A w międzyczasie odłożyłem na ziemię plecak, co też wymagało pewnej chwili. I gdy otoczenie wokół zalewało białe światło, w pamięci pozostały tylko rozjaśnione skały, jakbym wtedy nie patrzył w górę. Do dziś mam wrażenie, jakbym potem ruszył w dalszą drogę niejako automatycznie, choć wciąż miałem w pamięci to wszystko. I nie mógł to być sen, bo byłem wcześniej w ruchu, całkowicie przytomny, świadomy, wypoczęty i rozgrzany podchodzeniem. I wcale nie jestem pewien, co to było… Przeczytałem, że w hipnozie zmienia się upływ wewnętrznego czasu. Czy mogło zdarzyć się coś takiego, że znalazłem się w podobnym stanie?

[dane do wiad. FN]


 

Nasz czytelnik oczywiście ma rację - być może tego dnia przeżył coś więcej niż tylko obserwację UFO, co wykazać by mogła tylko hipnoza. Opisał jednak jeszcze więcej historii ze swojego życia, z których zainteresowała nas jeszcze jedna - z motylem.
 

[...] Kilka lat temu pojechałem do Warszawy występować jako świadek w sprawie, w której kobieta i dziecko zostali skrzywdzeni przez złych ludzi. Po sprawie wracałem w smutku i przekonaniu, że prawo nie ujmie się za pokrzywdzonymi, że zwycięży brutalność, chamstwo i cwaniactwo. Odczuwałem też nienawiść. Szedłem ulicą Jana Pawła II. Przystanąłem przed przejściem, czekając na zielone światło. Nagle na koszulkę tuż nad sercem spłynął motyl. Nie wiem, skąd przyleciał, po prostu go ujrzałem. Duży, w kolorach brązu i czerwieni. Zapaliło się zielone światło. Przeszedłem na drugą stronę wraz z motylem. Kilka metrów za przejściem przystanąłem, powiedziałem cicho:
Przyleciałeś mnie pocieszyć?
Wtedy motyl oderwał się od koszulki. Ale nie odleciał, tylko usiadł pośrodku czoła, dwa lub trzy centymetry nad poziomem oczu. Widziałem go i czułem jego dotyk, bardzo delikatny. Siedział parę sekund, potem wzleciał i przez kolejne dwie lub trzy sekundy trzepotał w powietrzu przed oczami, zatoczył okrąg. Dopiero potem odleciał, nie wiem gdzie, po prostu znikł. A ja poczułem ogromną ulgę, jakby mi ktoś zdjął z pleców wielki ciężar. I dziwnie jeszcze pomyślałem, że ten motyl coś mi powiedział, nie wiem tylko co to mogło być.
 



zwiń tekst



Sprzedawał samochód nieżyjącego ojca i wtedy pojawił się... gołąb
Wt, 4 kwi 2017 09:20 komentarze: 1 czytany: 2888x

O przypadku nie może być mowy - w naszym archiwum mamy dziesiątki relacji o tym, że w czasie śmierci bliskiej osoby na parapecie w domu jego rodziny pojawiał się ptak, który albo bardzo głośno się zachowywał, albo wprost stukał dziobem w okno. Zdarzały się nawet przypadki, że ptaki (normalnie unikające kontaktu z ludźmi) wlatywały do mieszkania i siadały tuż przed przerażonymi domownikami. W tym samym.......

czytaj dalej

O przypadku nie może być mowy - w naszym archiwum mamy dziesiątki relacji o tym, że w czasie śmierci bliskiej osoby na parapecie w domu jego rodziny pojawiał się ptak, który albo bardzo głośno się zachowywał, albo wprost stukał dziobem w okno. Zdarzały się nawet przypadki, że ptaki (normalnie unikające kontaktu z ludźmi) wlatywały do mieszkania i siadały tuż przed przerażonymi domownikami. W tym samym czasie w szpitalu umarł bliski członek ich rodziny - nie ma wątpliwości, że oba wydarzenia miały ze sobą coś wspólnego.

Czasami do dziwnego pojawienia się ptaka (kruka, gołębia, gawrona itp.) dochodzi po śmierci osoby, w której mieszkaniu znajdują się świadkowie takiego wydarzenia. Przykładem może być sytuacja opisana przez naszego czytelnika, której opis właśnie dostaliśmy. Sytuacja bardzo często spotykana - po śmierci rodziców dzieci na potęgę wyprzedają wszystkie rzeczy, które dla ich zmarłego ojca czy matki były "wielkimi skarbami". I nagle pojawia się gołąb.

[...] ] Witam. Na początku proszę o anonimowość. Chciałbym podzielić się z Redakcją i Czytelnikami pewnym wydarzeniem, którego byłem świadkiem wraz z żoną. Sąsiad z naszego bloku zmarł a jego syn postanowił sprzedać mieszkanie i samochód należący do jego ojca. Postanowiliśmy kupić samochód i umówiliśmy się na spotkanie w mieszkaniu należącym do zmarłej osoby. Syn zmarłego sąsiada już na nas czekał z gotową umowa. W pewnej chwili na parapet okna które było bez firanki przyleciał gołąb, który bardzo chciał dostać się do środka. Chodził po całej długości parapet stukając dziobem w szybę. Przeszły mi ciarki po plecach. Żona jak wspomniałem też to widziała. Jedynie syn zmarłego zdawał się nie zwracać uwagi na całą sytuacje. Wnioski proszę wyciągnąć samemu. Pozdrawiam. [...]     2017-04-02 

Czy jest to znak od zmarłej osoby? Czy może jeszcze od czegoś innego, co jest tylko pośrednikiem w kontakcie? Te pytania muszą pozostać bez odpowiedzi.




zwiń tekst



Atak nocnej zmory - świadek zapewnia, że przeżył to naprawdę!
Nie, 2 kwi 2017 10:01 komentarze: 1 czytany: 2644x

Tego typu opowieści są bagatelizowane, wręcz ośmieszane. Tłumaczone są tzw. paraliżem sennym, ale sprawa wygląda zupełnie inaczej dla tych, którzy to coś przeżyli. Wkrótce zamieścimy relację o ataku tzw. nocnej zmory na pracownika amerykańskiej platformy wiertniczej, który nagrał ten moment na kamerę (podczas snu). Okazało się, że można to "coś" bez problemu zobaczyć na monitoringu.Zanim to zrobimy.......

czytaj dalej

Tego typu opowieści są bagatelizowane, wręcz ośmieszane. Tłumaczone są tzw. paraliżem sennym, ale sprawa wygląda zupełnie inaczej dla tych, którzy to coś przeżyli. Wkrótce zamieścimy relację o ataku tzw. nocnej zmory na pracownika amerykańskiej platformy wiertniczej, który nagrał ten moment na kamerę (podczas snu). Okazało się, że można to "coś" bez problemu zobaczyć na monitoringu.

Zanim to zrobimy (wymaga to trochę pracy na montażu) warto zapoznać się z relacją, która dotarła na pokład okrętu Nautilus 31 marca 2017.

From: [dane do wiad. FN]
Sent: Friday, March 31, 2017 8:02 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: w sprawie związanej z zmorą

Witam

Jestem trochę przerażony tym co ostatnio przeżyłem dlatego przeszukiwałem dzisiaj interent aby czegoś się dowiedzieć . Natrafiłem na stronę internetową dlatego postanowiłem napisać.  Przepraszam za chaotyczny opis tego ale nie mam tak dużo czasu aby ładnie to opisać. Pierwszy swego rodzaju bezwład poczułem 15 lat temu śpiąc w nocy na tylnym siedzeniu w samochodzie , słyszałem rozmowę moich kolegów tzn prowadzącego i kolegę siedzącego na przednim siedzeniu.  Byłem obudzony całkowicie świadomy i nie mogłem się podnieść.

Przed rokiem leżałem na łóżku i czułem jak coś po mnie chodzi od ramion do stóp tam i  z powrotem po chwili przebudziłem się  i nie byłem pewny bo trwało to około minuty a ja w tym czasie nie mogłem się poruszyć żeby zobaczyć co się dzieje. Zapomniałem o tym gdyż nie byłem pewny czy mi się to śniło czy nie. Powiem tylko że było to bardzo niesamowite. Mieszkam w domu i zdarzyło dwukrotnie że myszy dostały się kilka lat temu do środka. To była właśnie takie uczucie jak gdyby myszy lub szczur po mnie biegał, ja natomiast nic nie mogłem zrobić. Rok temu umarła moja babcia , możliwe że był to właśnie ten czas.  Nie dam sobie ręku uciąć czy to była przed śmiercią babci czy  po ale na pewno w tym czasie. I teraz to co zdarzyło się 29 marca tego roku tj.2017.

Od 18 sierpnia moja mama leży w szpitalu. Najpierw wylew do mózgu a następnie powikłania niepracujące nerki, dializy, trzy intensywne terapie i w końcu trwale uszkodzony mózg.  Aktualnie leży w domu długotrwałej opieki  otwierając jedynie oczy i poruszając wargami .
Prawie codziennie jeździłem do mamy i robiłem jej godziny masaż chociaż wiem że to w niczym jej nie pomoże. 20 marca wyjechałem do Niemiec i wróciłem 27 i w tym samym dniu odwiedziłem mamę w ośrodku.  28 pracowałem na podwórku i nadzorowałem budowę ogrodzenia przez firmę, którą wynająłem. Praca przy budowie ogrodzenia się przedłużyła i zadzwoniłem do siostry że nie mogę pojechać do mamy w tym dniu. Szybko zasnąłem bo byłem bardzo zmęczony. No i teraz najlepsze:
Nad ranem przyśniło mi się że jestem u siostry tam gdzie mieszkała moja mama . Stałem na podwórku a ona na schodach . Powiedziała do mnie „Dlaczego mnie nie odwiedzisz”  , przebudziłem się leżąc na boku. W tej samej chwili poczułem dokładnie to samo jakby coś po mnie chodziło, tak jak poprzednio. Najpierw dokładnie tak jak wcześniej opisałem ale gdy chciałem się poruszyć  poczułem to mocniej tam i z powrotem . To już nie było chodzenie ale (i tu trudno mi to opisać) jakby prąd przechodził po mnie tak i z powrotem , od ramion do stup i coraz szybciej i mocniej , nie mogłem się ruszyć i byłem przerażony(trwało to około minuty).W pewnej chwili czułem jak coś miażdży mi klatkę piersiową (powiedziałem głośnio  o k…..wa), nie mogłem nabrać powietrza , dusiłem się(trwało to około minuty). Puściło i złapałem za telefon, który leżał na stoliku, była dokładnie godzina 5.00. Od razu zadzwoniłem do siostry i opowiedziałem co się stało.

Przez pół godziny nie spałem , nawet nie miałem zamiaru wychodzić z łóżka bo nie czułem się bezpiecznie. Zasnąłem po tym czasie i miałem kolejny sen. Było to jakieś pomieszczenie lub , w którym byli ludzie i w rogu umierał starszy facet około 60tki. Chciałem zadzwonić po pomoc i wybierałem bezskutecznie numer telefonu. Za każdym razem jak wybrałem numer okazywał się nie właściwy. Prosta czynność była dla mnie nie do wykonania. W końcowym etapie tego snu widziałem twarz tego zmarłego faceta.

Zawsze kpiłem z wiary , z życia po śmierci , zawsze miałem jakieś wytłumaczenie i nie dawałem się do niczego przekonać.
Tego jednak co się stało nie potrafię wytłumaczyć w żaden sposób i chciałbym o tym zapomnieć.  Wtedy jak zadzwoniłem do siostry , to siostra powiedziała mi że to może być zmora i że mam się pomodlić. Jak ktoś czy coś chce mnie udusić to niech to zrobi szybko i da mi święty spokój . Jeśli to się kiedyś powtórzy to nie wiem co będę robić aż strach pomyśleć.
Już kończę i przepraszam za jakieś błędy jeśli się pojawiły bo nie mam czasu tak tego opisywać .  Jak coś to proszę pisać z pytaniami na maila i chętnie odpowiem . Dobrze jak ktoś napiszę jak się tego pozbyć ale  od razu zaznaczam , że nienawidzę naciągaczy i traktuje ich bardzo niemiło
Pozdrawiam




zwiń tekst



Duch Tomasza - historia z liceum (list do FN z 2008 roku)
Pt, 31 mar 2017 10:08 komentarze: 3 czytany: 2765x

[...] Piszę ten list w imieniu swoim i swojego przyjaciela. Chodzimy razem do jednej klasy w liceum, gdzie od półtorej roku mają miejsce dziwne i raczej niewytłumaczalne przy naszym poziomie wiedzy zjawiska.Już we wrześniu roku 2007, kiedy to rozpoczęliśmy naukę w I LO im. [dane do wiad. FN] w naszej ówczesnej sali lekcyjnej działy się rzeczy, o których próbowaliśmy albo nie mówić, albo traktować .......

czytaj dalej

[...] Piszę ten list w imieniu swoim i swojego przyjaciela. Chodzimy razem do jednej klasy w liceum, gdzie od półtorej roku mają miejsce dziwne i raczej niewytłumaczalne przy naszym poziomie wiedzy zjawiska.

Już we wrześniu roku 2007, kiedy to rozpoczęliśmy naukę w I LO im. [dane do wiad. FN] w naszej ówczesnej sali lekcyjnej działy się rzeczy, o których próbowaliśmy albo nie mówić, albo traktować pobłażliwie. Do czego zmierzam? Średnio kilka razy w tygodniu dochodziło do poruszeń przedmiotów (i nie chodzi tu o spadającą gąbkę czy uczniowskie wygłupy) w obrębie ławek bez udziału człowieka. Były to drobne przemieszczenia, rzadko dotyczące np. zeszytów na brzegach stolika. Mało tego, większość z nas zgodnie twierdziła, że niejednokrotnie wyczuwała czyjąś niewyjaśnioną obeność. Dodam jedynie, że sam odczuwałem coś podobnego i wcale nie było to przyjemne. Nie raz czułem się po tym źle, byłem osłabiony i wymiotowałem.

Było to dla nas dosyć szokujące i zarazem niewytłumaczalne, jednak na próżno próbowaliśmy uchwycić podobną sytuację na filmie - zdarzały się one sporadycznie i nieregularnie. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że musi to być jakiś rodzaj bytu, świadomości - a zatem "pozostałości" (lub przynajmniej części) innego człowieka.

Gdy sytuacja nieco się uspokoiła (staraliśmy się, by to zjawisko nie wychodziło poza środowisko klasowe), nasza przyjaciółka - Agata nazwała ów byt... Tomek. Tak po prostu. Nabraliśmy do tego dystansu, stąd też odrobina luźnego podejścia do sprawy. Niestety, to było nierozsądne wobec tego, co miało okazać się później.

Ponad tydzień później poruszenia przedmiotów zaczęły się powtarzać, podobnie jak trudna do opisania obecność "kogoś", drętwa i zimna, niematerialna i niechciana. Wspomniana wyżej Agata kilkukrotnie zachorowała (miała problemy z sercem, wydawało się to dość poważne - dziś bierze leki) a podczas wycieczki trzydniowej miała dość groźny wypadek (silne uderzenie w potylicę, szczęśliwie skończyło się pobytem w szpitalu i serią badań), którego świadkowie nie potrafią wyjaśnić. Z
pewnością nie chodziło o poślizgnięcie się lub podobny aspekt. Czyżby "zemsta" bytu za wyśmianie całej sprawy?

Gdyby tego było mało, dziadek (lub pradziadek, w chwili obecnej nie pamiętam) naszej przyjaciółki był dyrektorem w [...]  liceum. Idąc tym tropem postanowiliśmy zebrać informacje dotyczące jakichś wypadków na terenie szkoły. Jak się okazało, w roku 1974 zmarł jeden z uczniów szkoły, kilka dni po kontakcie z którąś z substancji użytej poza wiedzą
nauczyciela. Co nas zszokowało, nazywał się Tomasz F********* (nazwiska niestety nie możemy ujawnić ze względu na aspekty dotyczące zgody, względnej tajności dokumentów itp.).

Minął pierwszy miesiąc drugiego roku nauki w naszym liceum - kilkukrotnie parę osób ponownie odczuło obecność "czegoś", co w tej chwili aż strach nazywać Tomaszem. Jesteśmy pewni, że jest to rodzaj bytu, świadomości, w dodatku nie mającej dobrych zamiarów. A może na swój sposób niespokojnej?

Pozdrawiamy
[dane do wiad. FN]




zwiń tekst



Sen, który nie był zwykłym snem
Czw, 30 mar 2017 11:36 komentarze: 1 czytany: 2428x

[...] Chciałam opisać historię, która ze względu na zaistniały zbieg okoliczności – nieco mnie zdumiewa. Pewnej nocy miałam sen. Akcja rozgrywała się na zewnątrz, panowała ciemność. Było pusto, tylko kilka słabo zarysowanych rekwizytów jakby z ubiegłej epoki – ale nie to było ważne. Dominujące były emocje. Poczucie jakiejś trwogi. Usłyszałam krzyk, wołanie o pomoc. Ktoś miał wypadek. Pobiegłam przez.......

czytaj dalej

[...] Chciałam opisać historię, która ze względu na zaistniały zbieg okoliczności – nieco mnie zdumiewa. Pewnej nocy miałam sen. Akcja rozgrywała się na zewnątrz, panowała ciemność. Było pusto, tylko kilka słabo zarysowanych rekwizytów jakby z ubiegłej epoki – ale nie to było ważne. Dominujące były emocje. Poczucie jakiejś trwogi. Usłyszałam krzyk, wołanie o pomoc. Ktoś miał wypadek. Pobiegłam przez mrok i dostrzegłam że na wozie leży człowiek. Żył. Był ranny, ale przytomny. Bał się. Uklękłam przy nim, położyłam jego głowę sobie na kolanach , chwyciłam go za ręce i nieustannie powtarzałam mu że nie umrze, że wyjdzie z tego, że przeżyje....

Obudziłam się. Rzadko miewam sny i raczej niewiele z nich pamiętam. Tego poranka byłam fizycznie wyczerpana ale też miałam dość absurdalne poczucie spełnionego zadania. Napięcie z tej nocy opuszczało mnie bardzo powoli. Z całą pewnością nie pamiętałabym o tym gdyby nie zdarzenie które miało miejsce kilka dni później.

Do mojego gabinetu przyszedł starszy pacjent. Pan po bardzo poważnych przejściach zdrowotnych. W ostatnim czasie jego życie balansowało na krawędzi i w każdej chwili mogło przechylić się na którąś ze stron. Wizyta przebiegała standardowo. W momencie w którym mieliśmy się żegnać, zawahał się i trochę jakby zakłopotany zaczął mi opowiadać o swoim ostatnim zaostrzeniu. Obudził się w nocy, miał bardzo wysokie ciśnienie, duszność, ból w klatce piersiowej, nie mógł oddychać- czuł że umiera. Siedział na łóżku i bardzo się bał. I wtedy na jawie zobaczył postać. Twierdził że tą postacią byłam ja i że podtrzymywałam go na duchu. Ten człowiek mówiąc to był bardzo wzruszony i strasznie wdzięczny. Wierzy w to co zobaczył i darzy mnie ogromną sympatią i zaufaniem.

Pozdrawiam




zwiń tekst



Śmierć bliskiej osoby i telefon
Nie, 26 mar 2017 20:06 komentarze: 2 czytany: 2884x

Rok 2003, mój Dziadek ciężko zachorował, rak. Każdy był z nim bardzo zżyty, przede wszystkim Babcia. Diagnoza to 6-9 miesięcy życia. Po około 2 miesiącach choroby (które Dziadziuś przeżył niebywale lekko jak na rak płuc) zmarł niespodziewanie we śnie. Godzina  5 rano, u nas w domu (wtedy mieszkaliśmy naprzeciwko) zadzwonił telefon domowy. Nie muszę chyba dodawać, że nic wczesniej sie takiego .......

czytaj dalej

Rok 2003, mój Dziadek ciężko zachorował, rak. Każdy był z nim bardzo zżyty, przede wszystkim Babcia. Diagnoza to 6-9 miesięcy życia. Po około 2 miesiącach choroby (które Dziadziuś przeżył niebywale lekko jak na rak płuc) zmarł niespodziewanie we śnie. Godzina  5 rano, u nas w domu (wtedy mieszkaliśmy naprzeciwko) zadzwonił telefon domowy. Nie muszę chyba dodawać, że nic wczesniej sie takiego nie zdarzało. Mama wstała, odebrała - w słuchawce cisza. Okazało się, że mniej więcej o tj godzinie Dziadek zmarł. Najwyraźniej chciał się z nami pożegnać.

Babcia bardzo to przeżywała, wpadła przez to w depresję. Po około 2 latach rozpaczania przyśnił Jej się sen. Jesień, siedzi na ławce przed grobem męża, cały jest zasypany liśćmi. Wstaje, ręką zrzuca te liście z nagrobka a na nim na samym środku pisze: "Bóg tak chciał". Na szczęście był to dla Babci zbawienny sen, który pozwolił Jej to zrozumieć i całkiem wyleczyć z depresji.
W 2005 roku przeprowadziliśmy się do innego domu, ta sama wieś ale kilkaset metrów dalej. Naszą sąsiadką była 80-cio kilkuletnia Pani. Bardzo pobożna, chodziła o dwóch laskach do kościoła. Moja mama pracuje jako farmaceutka więc owa Pani często prosiła moją mamę o jakieś leki gdyż droga kilka kilometrów do apteki była dla Niej wręcz niewykonalna.

Często ja Jej te leki zanosiłem do domu, zawsze była bardzo wdzięczna i nieraz dostałem czekoladę bądź  10zl na cukierki. Pewnego dnia rodzice wstawali do pracy, Mama szykuje śniadania i mówi do Taty: Zobacz 7 godzina , takie zimno a Pani X o dwóch laskach idzie do kościoła. Po powrocie z pracy okazało się, że Pani X zmarła w nocy i moja Mama logicznie nie miała prawa Jej widzieć.

Moja Prababcia była dużo młodsza od swojego rodzeństwa, Jej mama zmarła gdy miała 2 lata. Kiedyś szła do sióstr w pole, na granicy spotkała pewną piękną Panią, która tylko się z nią mijała ale serdecznie uśmiechała. Dokładnie zapamiętała jak wyglądała,  Jej wygląd był bardzo "nietypowy" jak choćby na osobę, która idzie przez pole. Opowiedziała to swoim siostrom. Z opowieści i szczegółów ubioru wynikało, że to była Jej mama.

Na studiach mieszkałem ze znajomym z okolic Tarnowa. Opowiadał mi kiedyś o imprezie/ognisku w którym brał udział. Po jakimś czasie, 6 młodych osób wsiadło w samochód, gdzieś pojechało (niestety pijani). Okazało się, że wpadli tym samochodem do stawu. Wszyscy zginęli. Mój znajomy wraz z kolegami siedzieli razem dnia następnego, wszyscy smutni i zdruzgotani tym co się stało. W pewnym momencie do jednej z osób zadzwonił telefon, dzwonił numer  111111. Oczywiście po odebraniu cisza w słuchawce, po oddzwonieniu "nie ma takiego numeru".
poniżej link świadczący o tym zdarzeniu

http://www.intarnet.pl/www1.atlas.okay.pl/index_full.html?action=full&id=8119

Mam jeszcze kilka historii ale te pozostawię na inną okazję.
Serdecznie dziękuję i pozdrawiam

[dane do wiad. FN]
Kraków




zwiń tekst



Kilka historii z UFO, w tym jedna typowa dla CEIII
Sob, 18 mar 2017 12:45 komentarze: 9 czytany: 3098x

Witam całą Załogę Nautilusa, na wstępnie pragnę dodać, że jestem z Wami chyba od początku, mam obecnie 29 lat czyli byłam gówniarą, jak zainteresowaliście mnie 'tymi' sprawami.. Wracając do tematu, chciałabym Państwu opisać pewną dziwną historię, która miała miejsce, chyba w roku 1998 lub 1999. Mój tata miał znajomego (on już nie żyje), który czasami do nas przychodził, był to facet, który zawsze .......

czytaj dalej

Witam całą Załogę Nautilusa, na wstępnie pragnę dodać, że jestem z Wami chyba od początku, mam obecnie 29 lat czyli byłam gówniarą, jak zainteresowaliście mnie 'tymi' sprawami.. Wracając do tematu, chciałabym Państwu opisać pewną dziwną historię, która miała miejsce, chyba w roku 1998 lub 1999. Mój tata miał znajomego (on już nie żyje), który czasami do nas przychodził, był to facet, który zawsze lubił pić alkohol i tutaj pewnie ta historia może nie być do końca wiarygodna przez to..

Pewnego dnia tata powiedział nam, śmiejąc się przy tym, że Kazik (ten kolega) widział UFO. Gdy to usłyszałam, myślałam, że świat mi się zawali, poczułam coś w rodzaju ogromnego strachu, niepewności i braku bezpieczeństwa. Ja jako wtedy niespełna 12 letnia osoba, bardzo to przeżyłam i dręczy mnie ta historia do dziś, nie wiem dlaczego. Może po prostu stwierdziłam, że jednak kosmici istnieją i skoro przylecieli do takiej wiochy to jak tutaj mam się czuć bezpiecznie (mieszkam w małej wsi w małopolsce, okolice Olkusza, jest to Jura Kr.-Częst.).

Kazik opowiadał tacie cały roztrzęsiony i wystraszony, że wypił sobie tego wieczoru. Wracał do domu w nocy (nie wiem która mogła być godzina, bo chyba nie mówił), ale jak ona miał wtedy w zwyczaju, lubił sobie uciąć drzemkę na łonie natury i tak też wtedy zrobił. Mówił, że obudziło go jasne światło. Tak jakby się obudził ze snu, jakby nad ranem, jak każdy gdy jest jasno. Otworzył oczy i zdziwił się, że już jest tak jasno, a przecież dopiero się położył.. Ale zobaczył, że to ani słońce go oślepia ani lampa, tylko, że nad nim wisi jasne UFO (od razu to tak nazwał, nie pisał nic w stylu kula czy coś).

Jak mówił, było słuchać lekkie jakby brzęczenie, czy bzyczenie, jak rój pszczół. Szybko wstał, był tym zjawiskiem wystraszony i ruszył przed siebie do domu, prawie biegnąć. UFO jak mówił w tym czasie lekko się przesunęło na wschód. Wstając zobaczył, że druga stroną drogi idzie jakaś czarna istota, albo dwie już nie pamiętam, bo czas niestety zrobił swoje. Zaczął na to coś brzydko mówić, żeby spierd***** i takie inne rzeczy. Mówił potem w opowieści, że chcięli go porwać.

Nie wiem, ale chyba po tej opowieści zaczęłam się interesować UFO. Żałuję, że nigdy nie zapytałam się go o to a miałam wiele okazji.. Pisząc do Was, przypomina mi się wiele innych rzeczy. Nie wiem skąd on wtedy wiedział i umiał nazwać to coś, że to UFO i że go porwą.. Nie było wtedy w roku 1999 ani nic o tym w tv ani nie było internetu, on był biedy jak mysza kościelna. Kazik też mówił mojemu tacie, że Matka Boska albo Jezus mu sie ukazali, że jak leżał (pewnie pijany) to z sufitu się to co coś wyłoniło. Teraz jak to analizuję to wydaje mi się, że tym Jezusem czy Maryją mogli być kosmici, tylko, że przeobrażeni.. Przepraszam za chaotyczność, ale nie chce nic pominąć. Było to okres letni na pewno, skoro spał gdzieś w rowie i nie jechało żadne auto, jak to na wsi w nocy. Na drugi dzień okazało się, że tej samej nocy inny facet widział UFO nad latem, gdy poszedł wypuścić psa, niestety nikt im nie uwierzył a o sprawie zapomniano.

Jeżeli chodzi o mojego tatę, to pamiętam, że kiedyś opowiadał, że szedł na spacer, przechodzą obok małego stawu, zauważył, że coś z niego wylatuje i szybuje w niebo.. Widziałam, że był poruszony i lekko wystrachany, on jest sceptykiem, więc tym dziwniejsza jego reakcja. Nie umiał tego nazwać, mówił, że jakaś kulka czy coś. Może to było USO.. Ja miałam kiedyś dziwny incydent. Obudził mnie coś, co jakby mi się śniło i mówiło do mnie 'nie bój się', obudziłam się i od razu spojrzałam w róg pokoju, jakby to coś z tamtą do mnie przemawiało, dodam, że głos był bezpłciowy czyli nie wiem czy kobieta czy facet to mówili. Nie było to coś strasznego, raczej to był łagodny głos. Nie raz na ciele mama dziwne ślady, kiedyś na stopie od zewnątrz miałam okrągły placek poprzecinany jakby kreskami, skóra w tym miejscy była bardzo sucha i swędząca. Wiele czasu upłynęło, zanim się tego pozbyłam na zawsze. Jakieś zadrapania, chyba, że się drapię nerwicowo w nocy, albo ala malinki na szyji..

Co do bardziej paranormalnego przypadku to pamiętam bardzo dokładnie, że było ciepło, bo były otwarte drzwi w domu na dwór i było słonecznie. Byłam mała, miałam chyba z kilka lat i na pewno mówiłam już. Wyszłam na dwór i gdy już chciałam zakręcić i zejść po schodach, wmurowało mnie. Na wysokości około 2-2,5 m nad chodnikiem, czyli w połowie domu, coś wisiało. Było to coś wielkości metra na metr, jakby nieduży basenik dla dziecka. Było chyba okrągłe, zielone. Ja długo o tym nie pamiętałam, przypomniało mi się to kilka lat temu i do dziś mi się to przypomina. Próbuje sobie to przypomnieć, jak dokładnie wyglądało, cały zarys itp. na próżno. Uciekłam cała spanikowana, jakby to coś miało mi zrobić krzywdę.

Długo sobie to tłumaczyłam, że to był tylko sen i jak to dziecko miałam wybujałą fantazje, albo coś w tv obejrzałam i potem mi się to śniło. Pamiętam, że jak uciekłam to poleciałam do pokoju z balkonem i przez deski w w balkonie wyglądałam czy to coś tam jest jeszcze. Niestety nie wiem czy coś widziałam, nie pamiętam jak się to skończyło. Po jakimś czasie była rozmowa w domu o jakiś samolotach czy coś i ja jakby nigdy nic powiedziałam do mamy coś na temat tego czegoś do widziałam na dworze (chyba to wzięłam za samolot, które znałam i często widziałam, że latają bo spuszczają skoczki na Pustynię) a mama na to, że ona nie wei o czym mówię i żadnego samolotu nie widziała.

Wtedy poczułam się tak, jakbym dostała w twarz. Momentalnie zesztywniałam, poczułam się dziwnie i zamilkłam. Nie wiem dlaczego tak się zachowałam, tak jakby coś mi zakazało o tym mówić. Dodam na koniec, że robię wiele zdjęć, przyrody itp. Czasami robię krajobrazu. Nie raz na moich fotkach widać, kule, czy płaskie dyski. Przy robieniu nic nie ma na niebie, dopiero na laptopie widać, że coś sobie wisi. Kiedyś miałam na zdjęcie 3 jasne kule, tak jakby od metalu odbijało się słońce, dodam, że zdjęcie robiłam kilka naraz, czyli klatka po klatce, tylko na 1 były te kule, wykasowałam te fotki, bo czułam się nieswojo. Pozdrawiam serdecznie, Ania.



zwiń tekst



STRONA
1 40 41 42 43 44 45 46 50 73
Strona 43 / 73

szukaj:  

Wejście na pokład

Zapamiętaj mnie

Wiadomość z okrętu Nautilus

Z POCZTY DO FN: [...] Czy wierzycie w opowiesci Boba Lazara? Moim zdaniem musialby byc chory psychicznie, by przez tyle lat opowiadac o tych rzeczach. Chcialbym, by to nie byla prawda, ze jestesmy w posiadaniu tych spodkow. Ludzkosc jest za durna na taka technologie i gotowa jest uzyc jej w kolejnych wojnach. Cos jednak karze mi w to wierzyc. Pozdrawiam Załogę! [...]

UFO24

więcej na: emilcin.com

Wt, 30 cze 2020 07:04 | Witam, Czy zgłosił się może do Was ktoś kto dokonał 'jakiejś' obserwacji z powiatu cieszyńskiego w nocy 27 na 28 czerwca (noc z soboty na niedziele)?Np. z gminy Brenna, bądź dalej Ustroń, Skoczów albo sam Cieszyn etc.? Albo i Bielsko-Biała? Jeśli można oczywiście prosić. Niekoniecznie spodziewam się twierdzącej odpowiedzi, ale... nie zaszkodzi zapytać, prawda? Takiej obserwacji mógł ktoś dokonać gdzieś w godzinach pomiędzy 22:50 a 00:20Nie miałem przy sobie zegarka, więc nie potrafię ...

Dziennik Pokładowy

Niedziela, 3 maja 2020 | Miałem zabawne spotkanie z moim wiernym słuchaczem sprzed lat. Wtedy młodym chłopakiem, a dziś poważnym panem z rodziną, dziećmi i siwiejącymi skroniami. Dopiero patrząc na niego zobaczyłem dyskretny urok upływu czasu, który dotyczy przecież każdego z nas. Zadał mi ciekawe pytanie... Panie Robercie, jak można utrzymać pasję przez tyle lat? Przecież reszta pasjonatów panu podobnych dawno odpadła od...

czytaj dalej

FILM FN

FORMACJA UFO NAD MORZEM - 2019

archiwum filmów

Archiwalne audycje FN

Playlista:

rozwiń playlistę




Właściwe, pełne archiwum audycji w przygotowaniu...
Będzie dostępne już wkrótce!

Poleć znajomemu

Poleć nasz serwis swojemu znajomemu. Podaj emaila znajomego, a zostanie wysłane do niego zaproszenie.

Najnowsze w serwisie

Wyświetl: Działy Chronologicznie | Max:

Najnowsze artykuły:

Najnowsze w XXI Piętro:

Najnowsze w FN24:

Najnowsze Pytania do FN:

Ostatnie porady w Szalupie Ratunkowej:

Najnowsze w Dzienniku Pokładowym:

Najnowsze recenzje:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: OKRĘT NAUTILUS - pokład on-line:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: Projekt Messing - najnowsze informacje:

Najnowsze w KAJUTA ZAŁOGI: PROJEKTY FUNDACJI NAUTILUS:

Informacja dotycząca cookies: Ta strona wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu logowania i utrzymywania sesji Użytkownika. Jeśli już zapoznałeś się z tą informacją, kliknij tutaj, aby ją zamknąć.